sobota, 11 grudnia 2010

Baterie wyładowane

Troszkę nam się zima rozpuszcza. Dziwna konsystencja pod stopami.
Pierwsza wywrotka za mną i pierwsze zgubione rękawiczki. Pierwsze koty za płoty. I jak znam siebie, nie ostatnie.
Od kilku lat kupuję rękawiczki uniwersalne w kiosku, z popartym faktami przeświadczeniem, że są kilkurazowe. Dziś jednorazowe. Przed wyjściem z domu rozpakowałam je z woreczka, a gdy wysiadałam z autobusu, już ich nie było. Tyle badań naukowcy ze Stanów Zjednoczonych i Kanady przeprowadzają (ostatnio okazało się, że gdy kończymy 19 lat, z każdym rokiem o jeden procent spada nasza zdolność do zakochania się w idealnym partnerze oraz że ponad połowa tyranozaurzych maluchów nie przetrwała z powodu drapieżników), a o badaniach na temat nałogowego, natrętnego wręcz gubienia rękawiczek milczą. 
Tylko parasolki nie gubię, bo zawsze zapominam ją zabrać z domu. Jest piękna, więc po co ryzykować. Tak sobie tłumaczę moje roztargnienie. 
A może ma to podłoże emocjonalne, genetyczne lub nawet epokowe?
Nie czas na rozmyślania, czas na sen. Wyłączam telefon, budzik pozbawiam baterii, czyli wyłączam się, bo baterie mi się wyczerpały. Jutro też jest dzień.
Kolorowych snów:)
Ps. Poproszę o prawdziwą zimę!

czwartek, 25 listopada 2010

Przedświąteczny czas

Czas niedoczas.
Jak co roku przebiłam hipermarkety, w których czas bożonarodzeniowy zaczyna się w momencie wymiany palet ze zniczami na palety z bombkami. Mój przedświąteczny czas miał swoje zaczątki we wrześniu i od tamtego czasu sinusoida pędzi w górę na łeb, na szyję, a ja wraz z nią po raz nie wiadomo który na zamówieniowym Mount Everest.
Załamka? Skądże znowu! W takich momentach dostaję skrzydeł. Od wrześniowego Mikołaja:)
W tym roku zdecydowałam się na stoisko ArtStacji na lubelskim kiermaszu świątecznym. Myślałam, że nie będzie łatwo namówić Artystów, z którymi znamy się tylko ze świata wirtualnego. I co?
O, istoto małej wiary! - chciałoby się krzyknąć.
Gdy przyszły 3 pierwsze paczki, grzecznie poinformowałam pana listonosza, że w niespełna 3 tygodnie przyjdzie mu przynieść co najmniej 40 kolejnych pod ten sam adres. Powiedziałam mu to, bo:
- bardzo go lubię-10%
- niechaj sie nastawi na częsty kontakt z kobietą ubabraną mąką i farbami lub zamiennie z igłą i nitką w garści-10%
- bałam się, że jeśli nie oszaleję lub nie padnę w tym słodkim przedświątecznym szaleństwie, to on mnie udusi-80%.
A tu pan listonosz się ucieszył. A gdyby mnie nie było, to sąsiadom zostawi, bym biegać na pocztę nie musiała. A jak nie będzie sąsiadów, to zadzwoni, bo numer mój ma. Skąd? Pewnie z poprzednich świąt wrześniowych.
Dzięki tym wszystkim ludziom i dzięki panu wykonującemu zawód listonosza, moje święta są niezwykłe nie tylko dlatego, że dłuuugie. Po prostu są - nie da się tego wytłumaczyć. A każda paczka zawiera takie niezwykłości, że nie potrafię tego zamienić w słowa.
Zamilknę więc!


niedziela, 14 listopada 2010

Pomocy potrzebuję

Znam adres Świętego Mikołaja. Każdy zna. Wystarczy zostawić list na najbliższej ławeczce i rano już go nie będzie. Mama dostała ten adres od swojej Mamy i przekazała go mi wiele lat temu. Jeśli ktoś nie ma w pobliżu ławeczki, adres można sobie wygooglać.
Tak czy inaczej, czyli z listem czy bez, Mikołaj i tak przyjdzie. A ja potrzebuję adres Czarodzieja Czasu. Jakiegokolwiek. Chyba że jest tylko jeden. Widział ktoś tego Pana? Choć to też o niczym nie świadczy, bo prawdziwego Mikołaja nikt nie widział, a jest.
Może to nie Czarodziej Czasu, a Zaklinacz, Szaman, Wojownik, a może Złodziej? Proszę, adres adresem, ale ja nawet imienia nie znam. Zagubiona nie tylko w czasie.
Czasem zazdroszczę Pędzlowi. Ma dwie ręce (zwane łapami) więcej, więcej włosów, cieplutki kaloryfer do dyspozycji wedle chęci, sen bez zobowiązań, bezgraniczny czar prowadzący prosto do kiziania, zawsze pełną miseczkę, drugą ze słodką śmietanką i własną myszkę do tarmoszenia zrobioną na szydełku przez przyjaciółkę swojej współlokatorki (znaczy mnie). 
Z drugiej strony, gdybym miała dwie łapki więcej, z pewnościę znalazłabym dla nich zastosowanie  i pragnęłabym dwóch kolejnych. Więcej włosów - w sumie gdybym odstawiła depilator, mogłabym zapomnieć o zazdrości. Cieplutki kaloryfer - chyba jednak wolę swoje łóżko z miękkimi podusiami. Sen snem, ale o czym taki kot śni? Wolę sobie przez sen szyć, lepić, znajdować nocnik na plaży, czy nie móc znaleźć ceny na butelce z pastą do podłogi niż śnić kocie niewiadome. I ja nie chrapię. Na pewno nie. Wiedziałabym o tym. Czar jakiś tam mam, a kizianie mam jak najbardziej. Pędzel potrafi się odwdzięczyć. Wiecznie pełna miseczka mogłaby doprowadzić do tragedii, że nie wspomnę o śmietance. A myszka, choćby najpiękniejsza, po co mi ona? Jak nie patrzeć: skoro Pędzel ją ma, to i ja ją mam. Choćby wtedy, gdy mój niewydepilowany lokator po pysznym jedzonku popitym śmietanką śpi na ciepłym kaloryferze pochrapując.
I chyba nie chciałoby mi się lecieć do kuchni na dźwięk otwieranej lodówki z nadzieją, że uda mi się ukraść kawałek szczypiorku (o ile akurat tam jest), pomartretować go żując i wypluwając, by na koniec wepchnąć go pod dywan w przedpokoju.
To ja sobie jednak poradzę z tym brakiem czasu. Dziękuję wszystkim, którzy w trakcie czytania poczuli choć iskierkę litości:)

poniedziałek, 1 listopada 2010

Nazwisko zobowiązuje

Dwa kilometry od mojej rodzinnej miejscowości swój sklep miał pan Żelazny. W sklepie tym można było kupić wszystko, co żelazne, od śrubek, gwoździ, przez narzędzia, aż do rur.
Uważałam, że to słodkie budować przyszłość na czymś, co dostaliśmy od losu - na nazwisku.
Jakiś czas temu, jadąc samochodem, zobaczyłam, że to nie jedyny przypadek na tej planecie:)
A Wy znacie podobne przypadki?
I bliżej

piątek, 29 października 2010

Wspomnienie

Gdy czytałam post Aty (uwielbiam tę Kobietę!) o operze, przypomniało mi się pewne zdarzenie.
Kilka dobrych lat temu pracowałam w Teatrze Muzycznym. Cudowne miejsce! Atmosfera do czystego chłonięcia, muzyka powodująca ciarki, aktorzy niezwykli, magiczni. Marzyłam o tym, by któregoś dnia odważyć się i stanąć w wejściu głównym ze śpiworem w ręku i już nigdy stamtąd nie wychodzić.
Co jeszcze było cudowne, każdy pracownik dostawał podwójną wejściówkę na prapremiery. Nie ważne, że ja wcześniej przeżywałam dużo pra pra wymykając się do łazienki, do której rzadko trafiałam. Cóż mogłam poradzić na to, że wszystkie drogi prowadziły na balkon dla widowni podczas prób? Ważny był ten dzień, który gromadził ludzi tak samo zakochanych w operach i operetkach jak ja, ludzi, którzy zakupili bilety często kilka miesięcy wcześniej i z uśmiechem niedoczekania zaznaczali w kalendarzach ten dzień, ludzi, którzy -  gdyby mogli - pojawiliby się w wejściu głównym ze śpiworami.
"Baron cygański" to była pierwsza operetka w moim życiu. Byłam wtedy świeżo upieczoną uczennicą liceum sztuk plastycznych. Pewnego dnia do mojego pokoju w internacie przybiegło dziewczę oznajmiając, że jest do mnie telefon. Dzwoniła Mama. Następnego dnia jechała ze swoją klasą do Teatru Muzycznego i miała dwa wolne bilety na "Barona cygańskiego". Ktoś zrezygnował i pewnie do tej pory żyje w nieświadomości, że dzięki jego nieobecności urodziła się miłość po grób. Miłość do opery.
Gdy wiele lat później - już w pracy - kończyliśmy dekorować scenę, tworzyć rekwizyty i poprawiać stroje do  "Barona cygańskiego", wspominając ten mój pierwszy raz, postanowiłam powołać do życia nową tradycję i na prapremierę zabrać Syna. Oporów nie było, bo dziecię w pacholęcym jeszcze wieku nie wiedziało, w czym rzecz.
Zasiedliśmy w swoich fotelach, zgasły światła, rozsunęła się kurtyna i przeniosłam się w świat walca wiedeńskiego. No i zupełnie zapomniałam o moim towarzyszu. Do momentu, gdy nachylił się w moją stronę i wyszeptał: "Wiesz Mamo, na suficie jest 172 halogeny". Spojrzałam w górę i oniemiałam. Halogeny były ułożone w ładne rządki, ale wiedząc, że Syn urodził się z nietalentem do tabliczki mnożenia, wniosek nasuwał się sam: liczył każdą z osobna. Biorąc pod uwagę kilka pomyłek i kilkakrotne liczenie od początku - jak nic zeszło mu cały akt.
Podczas pierwszej przerwy odciągnęłam go na boczek i wyjaśniłam, o czym był akt pierwszy oraz co będzie w drugim, a podczas drugiej przerwy co będzie w trzecim. Tak, by nie przeciążać matematycznego umysłu.
Gdy wychodziliśmy po kilku bisach arii finałowej, nadal stały mi wszystkie włoski na ciele, a Syn popadł w zadumę. "Podobało się?" - zapytałam nieśmiało. Odparł: "Teraz wiem jedno: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to nie zawsze chodzi o pieniądze. Czasem o miłość".
Sukces! Dotarło:)
Teraz z biegiem czasu myślę, że wprowadzenie w świat sztuki, mimo obaw, było łatwe. A teraz?
Co ma zrobić matka, której nastoletni Syn wraca z weekendu z kolczykiem w brwi, a na pytanie: "co robisz?" (kiedyś odpowiedziałby: bawię się, rysuję lub oglądam bajkę) odpowiada: "Szukam fajnych tatuaży"?

poniedziałek, 4 października 2010

Właściwie o niczym

Cudownie mieć Mamę, która robi pierogi. Nie takie zwykłe lecz Najlepsze Pierogi Świata. A przywiezienie pierogów po weekendzie połączone z poniedziałkową niechęcią do pichcenia to zestaw doskonały.
Wszystkie pierogi do domu nie dotarły. Mama jest skrupulatna i dokładną ilość pierogów wychodzących poznałam przez telefon. Pierogi przychodzące zostały pomniejszone o sztuk siedem. Śledztwo dowiodło, że na drodze powrotno-poweekendowej Syna stanęło dwóch kolegów, dwa bezdomne koty i on sam. Nie dochodziłam kto ile, bo to miłe było. A na obiad dziś wystarczyło.

Pierogi to też trochę jak nagroda. Medal niemal, bo mi się należy. Byłam dziś bardzo odważna! Spryskałam się spay'em na komary i poszłam po ocieplinę do piwnicy z pchłami. Ociepliny potrzebowałam jak powietrza, bo dotarłam do tej części zamówień, że bez niej ani rusz. Tylko teraz nie wiem, czy pchły w końcu padły po tych wszystkich truciznach wykładanych przez spółdzielnię, czy są tam nadal, tylko trafiłam na najedzone. Czy były tak głupie, że nabrały się na spray na komary? A może pchły odskakują na zimę?
W każdym bądź razie mam czym nadziewać moje króliczki.

Pędzel znów podziębiony. Swoją drogą, jak można się przeziębić spędzając całe dnie na ciepłym kaloryferze? A może to te spacery do miseczki z jedzeniem? Pędzel śpi sobie teraz twardo i chrapie jak prawdziwy mężczyzna. Ja jestem zmęczona, więc pewnie nie zostanę mu dłużna. Żadna pchła, jeśli się tu dostała, tej dźwiękowej kawalkady nie przeżyje. No, chyba że głucha.

czwartek, 23 września 2010

Okienne rewolucje

Od miesiąca tkwię w polskiej prozie kobiecej. Małe zlecenie - duży sprawdzian umiejętności. Zależy mi, więc męczę się z przyjemnością, od czasu do czasu tracąc oddech przygnieciona pojedynczą stroną przemyśleń bohaterek żywcem wyjętych z "Cosmopolitan". I nie mogę się nadziwić, że jakieś dziesięć lat temu marzyłam o tym, by napisać książkę z moją osobistą, przetworzoną na polskie realia Bridget Jones! Gdzieś tam na zakamarku jakiejś głęboko schowanej płyty są nawet jej zaczątki.
Kolejny dowód na to, że ludzie się zmieniają. To pocieszające, że jednak udaje mi się ewaluować. Kierunek nieważny.
I pocieszające, że nasza kobieca proza to nie tylko te głupiutkie kobietki, zakupoholiczki, karierowiczki, liczące kalorie i minuty do spotkania z Bynajmniej Księciem z bajki. Jest sporo dobrych pozycji, do których na pewno wrócę, by przeczytać je na spokojnie.

Ale ja jak zwykle nie o tym chciałam.
Chciałam zacytować Grocholę.

Jeszcze na chwilę odbiję na boczek: odbijanie na boczek miałam zawsze, ale kiedyś rozpisywałam się jak leci, a teraz robię to na początku. Ewaluacja. Nieważne, w którą stronę.

I do rzeczy. Grochola w "Nigdy w życiu!" napisała: "Chciałabym mieć taki charakter, żeby jeśli ktoś mi przyśle kiedyś gówno końskie w paczce, nie krzyknąć z odrazy, tylko się ucieszyć, że konik tu był."
Cóż, to właśnie ja mam ten wymarzony przez Grocholę charakter, ale dziś dobrych stron - a już na pewno radości - znaleźć nie mogłam.
Wymiana okien to nie marzenie, to konieczność. Konieczność niczym marzenie się wreszcie ziściła i po długich oczekiwaniach przyszła wiadomość, że montaż dziś. W piątek obiecałam pojawić się kulinarnie na kiermaszu, w sobotę mam wysłać gotowy tekst, a w poniedziałek czeka mnie wysyłka sporej ilości dziełek, które jeszcze nie powstały.
Plan był taki: w środę od rana piekę ciasteczka na kiermasz, w międzyczasie wynoszę połowę kuchni i kawałek pokoju, by zrobić dojście do okien, wieczorkiem piszę.
Dziś miały być okna, wieczorkiem sprzątanie.
Piątek od rana pisanie z przerwami na kolejne wyrabianie chlebów na kiermasz, po południu sam miły kiermasz.
Sobota i niedziela artystyczna w blasku bez przeszkód przedzierającego się przez nowe okna światła.
Proste i zwarte, prawda?
A tu gówno końskie w paczce!
Okna są, a jakże. Są wszędzie. W kuchni, w pokoju, w przedpokoju nawet. Tyle że stoją na podłodze. 
Nie dało się inaczej, bo Pan Montujący tuż po wniesieniu okien na drugie piętro dostał telefon ze szkoły, że synek spadł z drabinki na w-fie i się połamał. No przecież nie mogłam mu zabronić jechać. Biedny dzieciaczek.
I tak mi się wszystko poprzestawiało. Już wczoraj był poślizg, bo okazało się, że w szafkach mieszczą się niesamowite do opisanie ilości rzeczy, których przeniesienie i przy okazji posegregowanie zajmuje czas nie proporcjonalny do mojego optymizmu. I to nie wynoszenie kuchennych cudów a ciasteczka stały się międzyczasem z miernym skutkiem. I z pisania nici, bo padłam bez mycia.
Dziś balansując między oknami w częściach, po niemałych poszukiwaniach mąki, cukru i przypraw, skończyłam piec ciasteczka, jeden chleb zagniotłam siedząc w pokoju na podłodze, drugim chlebem zajęła się maszynka - też na podłodze, ale w pokoju Syna. Na obiad była smażona  na cudem odnalezionym oleju kiełbasa. A jutro ciąg dalszy armagedonu. Optymizm schowałam do kieszeni i w sobotę widzę sprzątanko bynajmniej nie artystyczne. A teraz sobie piszę, aż padnę.
Dobranoc:)

piątek, 17 września 2010

Jesiennie

Żyję i mam się dobrze.
To tylko ten niedoczas.
Po wakacjach do codzienności dołączył rok szkolny, teraz dołączyła jesień z wszystkimi swoimi cudownościami. Pół skrzynki węgierek przerobiona na powidła (jakże one pachną!), drugie pół czeka w kolejce. Tuż przed skrzynką jabłek i workiem papryki od Sąsiada. I tylko jest jeden problem: słoiki w piwnicy. Niby nie problem, prawda? A jeśli dodam, że oprócz słoików w piwnicy są tam armie pcheł? Tego lata koty na naszym osiedlu okazały się bardziej płodne niż zazwyczaj. No, ale to nie było zwykłe lato. Może ten śródziemnomorski klimat miał wpływ na futrzaki. I na pchły.
Niby spółdzielnia truła, ale kto tam pójdzie, by sprawdzić, czy skutecznie? Ja raz byłam, bo nie wierzyłam. Zobaczyłam, uwierzyłam i końmi mnie tam nie zaciągniecie. Syn też się nie da wkręcić, bo za dużo wie. Sąsiedzi w niewiedzy, bo każdy czeka, że może ten drugi. Żeby chociaż jakiś wróg do wrót mego domu zapukał. Ale wrogów też posucha.
Wykorzystam to, co w domu, a potem najwyżej będę sępić u znajomych.

Dziś śnił mi się koszmar. Ja z niewydepilowanymi nogami w zacnym towarzystwie. Zwierzyłam się i oberwałam od Syna za całą płeć piękną, że niby to jesteśmy dziwne.
-Może bywamy?-spróbowałam.
-Zdecydowanie jesteście-usłyszałam.
Nie dyskutowałam. Przed siódmą trudno o argumenty.

A to moje jabłuszka w dzisiejszy poranek po deszczowej nocy.

sobota, 28 sierpnia 2010

Wieczór w Anglii

Wczoraj o mały włos głowy mi nie urwało. Tak wiało!
Od tego kataklizmu uchronił mnie jedynie fakt, że nie wybierałam się na dwór, bo dochodziła 23-cia i właśnie pakowałam się do łóżka z laptopem po długiej gorącej kąpieli.
Jesień się zbliża jak nic. A pogoda nas trochę porozpieszczała, nie mając na względzie tego, że ludzie są skłonni do przeżywania szoków. Zanim zaczną grzać, znów przyjdzie śnić kolorowo w różowych skarpetkach. Lub tych grafitowych wydzierganych przez Przemka na drutach. 
Kot od dwóch dni kicha. Dziś o siódmej rano opluł mi śliwki. Resztę dnia spędził na stoliku wiklinowym, a dokładniej na półce z gazetami pod blatem. Upodabnia się do swojej pani, która w chwilach słabości wybiera samotność i unika litości. Stolik jest przykryty sięgającym podłogi zielonym obrusem. Koci namiot? Bynajmniej. Raczej kichający stolik. Za pierwszym razem mało ducha nie wyzionęłam. Na szczęście człowiek posiada zdolność przywykania do największych dziwactw.
Nie bez powodu zapakowałam się z laptopem do łóżka. Wraz z wielkanocnymi życzeniami od niezwykłej Pani Madzi przyszła płytka z filmem. Pani Madzia uważała, że skoro szyję króliki i próbuję swych sił w pisaniu książeczki dla dzieci, muszę obejrzeć "Miss Potter". Od świąt minęło kilka dobrych miesięcy-tych zapracowanych, a wczoraj poczułam się potwornie zmęczona. Zamiast pójść spać, postanowiłam przenieść się do wiktoriańsko-gregoriańskiej Anglii na przełomie XIX i XX wieku. 
Wspaniałe miejsce na odpoczynek! Rozległe, porośnięte trawą wzgórza. Do towarzystwa cudowna Renee Zelweger w swoim staropanieństwie, z idealnie wyuczonym gestem zaciskania ust, z pasją, z chęcią-popartą działaniem-spełniania marzeń. Sztywna przyzwoitka, której czujność łatwo uśpić dolewając brandy do kawy. Rodzice hołdujący podziałom społecznym. Fantastyczne stroje (ach, czasem tak mi się marzą) i fryzury (te mniej). I zabawne akwarelowe zwierzątka namalowane przez Beatrix, które wiercą się i puszczają oczka:)
Odpoczęłam. Dziękuję Pani Madziu!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Świerszcz w kominie


To niesamowite, że w środku miasta o północy, gdy wszyscy rozsądni śpią, obok najbrzydszego i jedynego niewyremontowanego bloku rozbrzmiewa świerszcz. Może jest ich więcej, a może tylko jeden. Uzdolniony. Trudno powiedzieć. W środku nocy dudni cisza przerywana tylko od czasu do czasu przejeżdżającym samochodem. Ktoś gdzieś jedzie, ktoś skądś wraca, musi lub chce jechać, a może zwyczajnie spać nie może.
A on gra. On świerszczy w najlepsze.
A mi się wyświetla film. Obrazki z ogrodu, którego nie miałam, nie mam, ale mieć będę. Może wkrótce, może u schyłku życia. Ale czy czas ma znaczenie? Jednostką cieszenia się ze spełnionych marzeń jest intensywność, nie minuty. Nieważne, czy będę mogła jeszcze biegać za motylami, czy pozostanie mi odkurzania chaty na siedząco. Taborecik w prawo-kawałek podłogi, kolejny kawałeczek-kolejny kawałek.
Widzę ogród, lawendę, która po dotyku zostaje na dłoniach. 
Jaśmin i bzy.
Będę smażyła placki z cukinii, która jeszcze niedawno była ziarenkiem w mojej dłoni. Robiła nalewki ze swojej pigwy i z zerwanego czarnego bzu za domem. Będę rozcierała w dłoniach-tych młodych lub już pomarszczonych-pęczek ususzonej bazylii i tymianku. Będę przyprawiała omlet o szóstej rano świeżą kolendrą nie otrzepując z niej z rosy.
A wieczorem będę siadała na bujanym wiklinowym fotelu i czytała książkę przy dźwiękach świerszcza. Urządzę mu salon w kominie.
Będę...
Będę i już!
Dziwnie mi o tym pisać na wspomnienie czasów, gdy jedynie ważna dla mnie ziemia to ta w doniczkach na moim parapecie.
Ludzie się zmieniają. Oby nie świerszcze!

piątek, 20 sierpnia 2010

W ziarenku tkwi siła

Każda chwila mi się ostatnio kurczy do wielkości ziarenka piasku. Z ziarenka trudno coś wycisnąć, ale ja nie ustaję. Cisnę i cisnę, i brnę do przodu. Krok po kroku. Odmierzam czas nie tymi mizernymi ziarenkami, a kolejnymi wykreślonymi pozycjami na mojej liście do zrobienia. Bez niej bym zginęła. Choć ostatnio proporcje między dopisywaniem a wykreślaniem bardzo się zmieniły. I chyba zbyt często powtarzam sobie na głos "dam radę", bo Pędzel zaczął reagować na te słowa jak na nowe imię.
A najmilsze w tym wszystkim jest to, że tak mi dobrze, że dobrze mi tak:)
Wiem, dziwna jestem.
Piszę to w przerwach reklamowych podczas "Troi".
I wspominam pewną Wielkanoc w moim domu. W telewizji po raz kolejny puszczali "Joe Black'a". Poszłam do drugiego pokoju zostawiając Mamę sam na sam z sobą, z kieliszkiem domowej wiśniówki i z Brad'em Pitt'em. Zerkałam i obserwowałam, jak zakochuje się w jednym z moich ukochanych filmów. Patrzę i widzę Mamę spokojną, szczęśliwą, popijającą nalewkę i zahipnotyzowaną ekranem mojego starego Grundiga. I w pewnej chwili słowa: "Jak można być tak przystojnym?".
Drugie imię Pędzla to Damradę. Brad'a Pitt'a - Jakmożnabyćtakprzystojnym.

czwartek, 22 lipca 2010

Sąsiedzi z osiedla


Kroczę spacerkiem do sklepu. Przede mną kroczy dziewczyna pchająca wózek z małym bąblem. Chwilę potem dołącza do nich mała śliczna uśmiechnięta księżniczka.
-Gdzie idziecie? - pyta uśmiechnięta księżniczka.
-Na spacer - odpowiada uśmiechnięta dziewczyna.
-A po co?
-Bo dzieci muszą chodzić na spacer.
-A po co?
-Żeby były zdrowe.
-A ja też mogę?
-Chcesz iść z nami na spacer?
-Tak.
-Dobrze, chodź.
I tak uśmiechnięta dziewczyna z wózkiem i uśmiechnięta księżniczka idą razem na spacer, a ja kroczę za nimi uśmiechnięta.
Kilkanaście kroków dalej uśmiechnięta księżniczka skręca w prawo.
-A gdzie ty idziesz? - pyta uśmiechnięta dziewczyna.
-Do parku - odpowiada uśmiechnięta księżniczka.
-Nie możemy iść do parku.
-Dlaczego?
-Bo to za daleko. A jak pójdziemy za daleko, twoja mamusia mi przypierdoli.

Mój uśmiech z hukiem sięgnął bruku. Szybko wyminęłam towarzystwo, by uratować resztki miłego dnia.
Kilkanaście kroków dalej na wąskiej barierce siedziało siedmiu mężczyzn w słusznym wieku. A raczej balansowało. Nosy mieli bordowe, oczy błyszczące i nieproporcjonalnie przymknięte. Część z nich kiwała się w tył i w przód, reszta w prawo i w lewo. Zaznaczę, że nie wiało.
Ta swoista rytmika jakoś mnie uspokoiła.
Nagle jeden z nich powiedział do mnie:
-Dzień dobry.
-Dzień dobry - odpowiedziałam. I poszła fala. Fala w przód i w tył, w prawo i w lewo:
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-...
Tak mnie tym rozbroili i zawstydzili, że wracając już z zakupami, wybrałam inną drogę. Mój uśmiech nie do końca podniósł się z bruku i drugiej takiej dawki kultury mogłabym nie przeżyć.
Dziwny ten świat.

sobota, 17 lipca 2010

Czas, kaktus i ścierka

Tak sobie patrzę i widzę, że dawno mnie tu nie było. A wydaje się, jakby to było wczoraj. Einstein tworząc swoją teorię względności chyba przewidział, że kiedyś tam na świecie pojawi się pewna Moniczka, która unosząc się nieco nad ziemią, zakrzywi czasoprzestrzeń. Nie potrafię zejść na ziemię, by sprawdzić prawdziwość jego rozważań. No i nie mam na to czasu.
Każdy jarmark to przedsięwzięcie. Nie tylko praca, ale i myślenie. Nie, nie myślenie-kombinowanie. Radzę z tym sobie całkiem nieźle, ale wtedy wyżej unoszę się nad ziemią. Można powiedzieć, że gdy myślę, to nie myślę.
Skomplikowane? Niezupełnie.
Może przykład.
Jestem posiadaczką kaktusa, którego przywiozłam z kraju odległego. Minęło już trochę czasu, a przestępstwa niektóre ulegają przedawnieniu, więc przyznam się, że ów kaktus pochodzi z nocnej kradzieży. Mały szaber w egzotycznym ogrodzie.
Kaktus ten jest z tych przewrotnych. Jest kaktusem, choć nie wygląda na kaktus, a zachowuje się jak kaktus. Nie ma widocznych kolców lecz małe puszyste kuleczki. Te kuleczki są miłe w dotyku-wiem, a potem okazuje się, że to jakby wata szklana-też wiem. Igiełek nie da się wyciągnąć, bo jak wyciągną coś, czego nie ma, a co tylko się czuje? I to jak czuje!
Weszłam dziś rano do kuchni i na podłodze zobaczyłam kawałek kaktusa. Tak zwane dziecko.  Postanowiłam posadzić go obok matki (kaktus z tych, co to się świetnie przyjmują). Nauczona doświadczeniem (tak, tak, czasem się uczę), w żadnym razie dziecka w dłonie wziąć nie miałam zamiaru, chwyciłam więc ścierkę i patyczek i plan zrealizowałam.
Już przy braniu ścierki kombinowanie powinno mi się przełączyć na myślenie, bo przecież po najbliższym myciu naczyń wytrę w nią dłonie. Ale to tak nie działa.
Zbliżała się pora obiadu. Upał niemiłosierny, w kuchni tym bardziej, więc do robienia spaghetti olio e aglio rozebrałam się do bielizny niczym do rosołu. Talerz wylądował na stole, jeszcze widelec i zasiadam. Zasiadłam i przykleiłam się do krzesła. Wstałam więc (czyt. odkleiłam się), pościeliłam sobie ściereczkę...
Mogę dalej nie pisać?

piątek, 25 czerwca 2010

Zakróliczona


Jeszcze dwie nogi i kawa - obiecałam sobie. Nogi nie moje, a przyszłego królika. 
Dwie nogi jakoś przeżyłam,  przeniosłam się z podłogi w wyższe sfery, w pobliże wiklinowego stoliczka i sącząc czarny napój wkładam w filiżankę całą swą wiarę, że mi pomoże. Podczas pełni spać nie mogę. A może raczej: nie muszę, bo nie to, że spać nie mogę lecz spać mi się nie chce. Oczywiście tylko w nocy, bo gdy nadchodzi poranek, zaczynam się robić senna, a tu żyć trzeba. Każda pełnia skłania mnie do myślenia o przodkach - moi pewnie mieli większy zarost na większej powierzchni ciała i zdecydowanie większe zęby. Wilcze. Dobrze, że mi się szwędacz nie włącza, bo oni raczej podczas pełni w domu nie siedzieli. 
Powinnam lepiej dobierać filmy i książki.
Wczoraj był zadziwiający dzień. Postanowiłam podbić nowy rynek i wybieram się na początku lipca na jarmark spory kawałek od domu. Przez półtora tygodnia udało mi się przygotować niezłą ilość wyrobów. Wczoraj natomiast przychodził mail za mailem z pytaniami i zamówieniami i tak biegając pomiędzy laptopem a maszyną do szycia, wszystko wyprzedałam. Czy pełnia wpływa na chęć posiadania królików?
Dziś więc szyję i nadziewam króliki. Nie jest łatwo, bo prawy kciuk wczoraj w szkło wsadziłam. Kuchnia to miejsce pełne niespodzianek. Ocieplina przykleja się do plastra i igłę dziwnie się trzyma. Ale za to nauczyłam się wiązać supełki lewą ręką!
Kawa wypita. Wracam do kicajków.
Miłego dnia:)

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Ciśnienie spadło i dopadło


Wcale nie czuję, że to najdłuższy dzień w roku. Minął jak w oka mgnieniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to mgnienie oka jakieś takie ospałe, ale ja z tych, na których kawa nie działa. 
Prawie cały dzień poza domem, w wielu miejscach, w wielu wymiarach. I z ogromną parasolką u boku, którą to z rozsądku postanowiłam dzierżyć i oczywiście okazało się, że ją tylko przewietrzyłam, bo niby czemu akurat dziś natura miała by przestać ze mnie drwić.
Już rok temu Syn skończył gimnazjum. Byłam przewodniczącą prezydium szkoły, więc konto bankowe było na mnie (takie tam zwyczaje). Teraz sobie o tym przypomnieli i poproszono mnie o zlikwidowanie. Umówiłam się z przemiłą Panią sekretarką w piątek w banku. I zawaliłam. Nie do końca świadomie, bo czułam, że coś miałam w przyczyn niezależnych jeszcze odwołać. Ale tylko czułam. Pani zadzwoniła z miejsca naszego spotkania, ja się pokajałam i umówiłyśmy się na dziś. Pełna wyrzutów sumienia nalegałam, że się dopasuję i tym oto sposobem pomiędzy porannym masażem a spotkaniem w banku miałam trzy godziny szwędania się po mieście, bo do domu nie opłacało mi się wracać.
Zakupy do lodówki w jednym miejscu, dla kota w drugim, chemia w trzecim. Wędrówki po sklepach poprzeplatane najsłodszymi wizytami w pięciu księgarniach w poszukiwaniu pewnej książki. Bez skutku. Po drodze poczta, a tam Pani Ela. Moja kochana Pani Ela, której wieki nie widziałam. Połaziłyśmy pod ramię po mieście załatwiając jej sprawy i rozmawiając. "Ile masz jeszcze czasu?" - zapytała. Zostało mi 40 minut. "Wiesz, połaziłabym po księgarniach" - odpowiedziała, a ja z przyjemnością nie oponowałam, choć raczej nie wierzyłam, że poszukiwana książka jakimś cudem znalazła się na którejś z półek.
A teraz siedzę sobie z laptopem na kolanach, z kotem na stopach i przysypiam popijając genialną imieninową zieloną herbatkę od Agi. Dla bardziej wnikliwych: imieniny były półtora miesiąca temu - nie dziś, herbata parzona dziś - nie półtora miesiąca temu.
Dobrej nocki*
Ps. A książkę zamówiłam sobie przed chwilą przez internet:)

niedziela, 13 czerwca 2010

Letnie dni


Upały cudowne. Woda mineralna zamieszkała w miednicy z zimną wodą w łazience, bo lodówka zastawiona dzbankami z mrożoną zieloną herbatą z cytryną i butelkami maślanki. Kot uprawia wędrówki domowe w poszukiwaniu chłodniejszego miejsca od tego, który chwilę wcześniej zagrzał swoim futerkiem. Pranie schnie w oka mgnieniu. I w oka mgnieniu brązowi się skóra na nogach wystawionych z ogromną przyjemnością na balkon, podczas gdy łapki zajęte szyciem.
Dni piękne. Truskawkowe. Gdy świat zanurza się w truskawkowej magii, nic innego godnego skonsumowania dla mnie nie istnieje. Bywa, że przypłacam to dziwnym bulgotaniem w żołądku, ale to takie wiosenne granie.
Dziś jednak stęskniona działań kuchennych postanowiłam zaszaleć. Upiekłam dawno nie pieczony pasztet z pieczarek. Nie chciał wyjść, jak to zwykle czyni, w całości, więc wylądował w lodówce w blasze jako pasztet do smarowania. Ważne, że pyszny.
Za chwilę wstawiam do piekarnika moje pierwsze w życiu chlebki pita. Już wiem, już pogodziłam się z faktem, że raczej nic z nich nie wyjdzie. Pita rośnie trzy razy po godzinie w różnych formach: po zagnieceniu w kuli, po kolejnym zagnieceniu w kształcie kuleczek i po rozpłaszczeniu na placki. Moje ciasto w żadnej z postaci ani drgnęło. Nie wiem, czy drożdże złośliwe, czy kuchnia się na mnie obraziła.
Daję szansę chlebkom pita-jeśli jej nie wykorzystają, to ja się obrażę. Jestem kobietą, wolno mi!

środa, 9 czerwca 2010

Pachnidło


Wracałam do domu z masażu. Dochodziłam do drzwi bloku, gdy uderzył mnie ten zapach. Zatrzymałam się i zaostrzyłam zmysły.
Musiałam wyglądać -  hm... inaczej, bo nadchodząca z naprzeciwka kobieta z psem zatrzymała się obok i zaczęła mi się dziwnie przyglądać, a potem rozglądać. Też zaostrzyła zmysły.
- Co tu tak pięknie pachnie? - zapytałam.
Kobieta bardziej zaostrzyła zmysły. Patrzyłam na nią z nadzieją, że rozwiąże zagadkę. 
Kobieta zaostrzała zmysły i zaostrzała, mrużąc oczy i marszcząc czoło.
- I co? Wie pani, co tak pięknie pachnie? - zapytałam z nadzieją.
- Chyba tak - odpowiedziała. - To ten czarny bez tak śmierdzi.

wtorek, 8 czerwca 2010

Niewiele mam?

O "znajomych" w interii pisałam TU (klik). Okazuje się, że mimo, iż nie bywam tam od bardzo dawna, listy nadal przychodzą. Oto jeden z ostatnich (pisownia oryginalna):


witaj mam na imie oktawian mysle ze jestes fajna dziewczyna choc tak malo o sobie napisalas w profilu ja sam tez niemam za wiele wiec moze sie poznamy pozdrawiam

I tak sobie myślę, czy rzeczywiście mam niewiele?  Bzdura! Myślę sobie, co mam. Mam wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba.
Wybacz Oktawianie (czy raczej oktawianie), nie poznamy się.

piątek, 4 czerwca 2010

Kryminalistka


Wiedziona strachem, że na długi weekend zostanę bez książki, wybrałam się w środę do biblioteki. Pogoda przepiękna, słońce pełną parą. Dwa w jednym: książki na dobranoc i cudny spacerek.
W bibliotece zagadałam się troszkę z moimi Paniami i nim się obejrzałam, pogoda zmieniła się diametralnie. Za oknem ujrzałam czarne niebo. 
Wszystko ma swoje miejsce na ziemi, a miejsce mojej parasolki jest w domu.
- Biegnę - rzuciłam i z torbą pełną książek wybiegłam z biblioteki. Lunęło tak nagle i intensywnie, że zanim dobiegłam do przystanku, drogą płynęła rzeka, z włosów spływało mi pod bluzkę, spodnie nabrały kilogramów, buty zrobiły się śliskie, że nie wspomnę o mokrych majtkach. Wspomniałam.
Nim przyjechał autobus, doszłam do etapu "wszystko mi jedno" i postanowiłam zrealizować resztę planu, czyli wysiąść przystanek wcześniej i zrobić zakupy. Wysiadłam i posunęłam (próbował ktoś iść w mokrych spodniach?) do sklepu. Ekspedientka wydusiła z siebie jedynie "ojej", co skwitowałam uśmiechem, bo nic więcej nie potrafiłam wydusić. Dopakowałam torbę z książkami zakupami, w drugą łapkę wzięłam żwirek dla kota i tak obładowana wyszłam ze sklepu. 
Tuż obok był warzywniak. Wiosną to mój ulubiony sklep. A jeszcze w tak piękną wiosenną pogodę! Posunęłam do warzywniaka. Ekspedientka wydusiła z siebie jedynie uśmiech, co odwzajemniłam wydusiwszy swój i chwilę potem z trzecim pakunkiem wysunęłam ze sklepu.
Przed sklepem stał radiowóz. Gdy pojawiłam się w drzwiach, z radiowozu wyszedł policjant.
- Gdzie pani idzie z tymi torbami.
- Do domu - odpowiedziałam.
- Proszę wsiadać.
Zamurowało mnie. Zapłaciłam za wszystko, za każdą marcheweczkę i rzodkiewkę w pęczku.
- Zrobiłam coś złego, czy po prostu żałośnie wyglądam?
- No, wzbudza pani litość - usłyszałam. - Podwieziemy.
I taką oto limuzyną zajechałam przed blok. Mam tylko nadzieję, że choć jedna sąsiadka w tym momencie wyjrzała przez okno, by sprawdzić, czy się przejaśnia. Zdecydowanie za mało dostarczam tematów do plotek, a o sąsiadów trzeba dbać:)

środa, 26 maja 2010

Świata koniec

Człowiek to taka dziwna istota. Łatwo wpada w rutynę. Jest też drugi typ: na rutynę sobie nie pozwala.
Przyznaję, ja sobie nie pozwalam. I poszłam krok dalej. Decyzja podjęta, przyklepana. Remont.
I dlaczego? - się pytam! Drugi dzień dobiega końca, a ja mam wrażenie, że nie dzień, a świat się kończy.
Są ludzie, którzy uwielbiają sprzątanie, prasowanie, mycie naczyń, pranie i inne tego typu dziwactwa. Nie ma co filozofować - to ja. Ale czy jest ktoś, kto uwielbia lub choćby lubi, a nawet zadowolę się: znosi remonty? Jeśli ktoś się przyzna, pół królestwa oddam. Drugie pół za tajemnicę, jak przetrwać.
Wszędzie gruz, pył i dwa pokoje w jednym, czyli nie ma gdzie nogi wcisnąć. No tak, podczas remontu spada stopa życiowa. Pokój dzielony ze skarbami nastolatka. Nawet nie będę próbowała tego opisać, bo nie uda mi się oddać atmosfery. Dla rozbudzenia wyobraźni (i niech każdy radzi sobie sam): chomik na regale czyli z dala od kocich instynktów, telewizor na podłodze, kanister, opona z malucha, dwadzieścia pudełek po telefonach (jedni zbierają znaczki, inni...) i płyty, płyty, płyty.
A jeśli jeszcze posiada się kota, którego pasją jest tarzanie się w tym, co nie na co dzień, ręce opadają. Chodzi toto dumnie siwe od tynku i ociera się o wszystko, co po drodze. Takie szczęśliwe zwierze bez połysku.
Czy bajka o rycerzu, który porywa niewiasty w kłopotach ma choć cień prawdy? Ja w każdym bądź razie czekam. Spakowana.
Ps. Wracając do kawałka tekstu: jeśli ktoś zechce mi wmówić, że zmywarka jest błogosławieństwem tych czasów, będzie używał swego uroku, by mi ją sprzedać lub zechce mi takową sprezentować, wykreślam z listy znajomych. Od razu!

sobota, 22 maja 2010

Marzenia


Mam trochę marzeń. Stosik, koszyk i słoiczek. Składam się z marzeń.
Dwa z nich zaczęłam spełniać. Bo jak nie teraz, to kiedy? Pierwsze koty za płoty.
Jedno z marzeń pochodzi z lat szczenięcych. Od kiedy nauczyłam się czytać, niewiele było wieczorów bez książki. To wersja light. Nieprzespanych nocy nie sposób zliczyć. 
Od pierwszej książki wciąż na nowo zakochuję się w innych światach. Byłam Anią z Zielonego Wzgórza, Lisą z Bullerbyn, Panną z mokrą głową, D'Artagnanem, a gdy poczułam, że jestem skłonna nosić na szyi termos z zupą ogórkową niczym Wincenty Smok, postanowiłam sobie, że kiedyś sama stworzę taki inny świat. Świat, w którym inni odnajdą siebie.
Zaczęłam ten świat budować.
Drugie marzenie narodziło się dużo później. Własna galeria. Buduję ją wkładając serce.
Trzymanie kciuków mile widziane:)
Szukałam mądrości o marzeniach wśród słów mędrców. Potrzebowałam cytatu na stronę mojej galerii. Znalazłam. Cytat piękny, ale to nie o nim chciałam. Znalazłam też inny-Stanisława Jerzego Leca:
"Podrzuć własne marzenia swoim wrogom, 
może zginą przy ich realizacji".
Nawet jeśli ta mądrość znajdzie się na moim nagrobku, marzeń spełniać nie przestanę!:)
Spełnienia marzeń Kochani!

niedziela, 16 maja 2010

Każdy mierzy według siebie


-Cześć mamo. Co słychać? A właściwie to nie mów. Niebawem będę, to mi opowiesz. Ale nie jadę sam. Kamil u nas zanocuje. Nie masz nic przeciwko? To na razie. Aha, jesteśmy głodni. Zrobisz nam coś?
Przed tym potokiem było moje "halo", po potoku na zwykłe "ok" nie starczyło miejsca.
Sobota po 22giej. Gdy Młody wyjeżdża, żywię się resztkami, a do sklepu chodzę po wodę mineralną i saszetki z kocimi przysmakami. Pędzel twardo hołduje filozofii, że resztki są dla ludzi. Nie głodzę się. I nie wciskam w siebie, by nie wyrzucać. Choć prawdą jest, że jedzenie wyrzucam w ostateczności. Jestem z tych, którzy wolą czerstwy chleb od świeżego i uwielbiam mieszane kanapki. Podobno posiłki o siedmiu smakach stanowią kwintesencję rozkoszy. A i owszem. Polecam.
Wracając do sobotniej nocy. Otwieram lodówkę. Kiełbasa już raz smażona niedojedzona, dwa pomidory, dwa plasterki żółtego sera, trzy napoczęte słoiki dżemów i jajek dwanaście.
Kiełbasa plus jajka. Lniany woreczek na cebule sugeruje obecność co najmniej dwóch sztuk. Nie jest źle.
Na śniadanie smażę sobie dwa jajka i zazwyczaj nie dojadam. Reszta jak znalazł na drugie śniadanie. Rachunek prosty: po dwa jajka na osobę i bonus za bycie mężczyzną, czyli po pół jajka. Logiczne. Przeliczalne. Jaj pięć.
Młodzi mężczyźni stanęli w drzwiach, gdy kiełbasce i cebuli niewiele pozostało do doskonałości. Syn zajrzał do miseczki z wbitymi jajkami.
-Pięć?
-No, tak. 
-Bonus po pół jajka?
-No, tak.
-Faceci na pół jajka?
-No, tak. A na ile?
-Może tak ze trzy razy tyle, co w miseczce?
-Żart.
-Za rok będę pełnoletni.
-Ile pełnoletniemu przysługuje?
-Co najmniej trzy twoje dwa śniadania.
Przeliczyłam szybciutko razy dwa razy mężczyzna i wyszło na to, że niedzielne śniadanie będzie ubogie w jajka. Zerowo-jajeczne.
Jedli, a ja w pokoju obok słyszałam, jak im smakuje.
-Wystarczy wam? - taki mój żarcik.
-Dojemy ciastem - usłyszałam. 
Jak dobrze, że upiekłam piernik, bo wiele zniosę, ale kolejnych jaj nic z tego.

niedziela, 2 maja 2010

Palec słońca

Nie wiedziałam, że go ma. Ale ma. Bezwzględnie nim wskazuje, w tonie delikatnie oskarżycielskim.
Do mnie nawet zapukało. W szyby nieczyste. Fakt, nie zdążyłam przed świętami.
Po krótkim puk puk, zarumieniłam się i okna umyłam. Rzeczywiście jakoś słoneczniej. Zniknęła vermeer'owska ponurość.
Ale jeszcze coś mi słońce wytknęło. W sumie trochę bezczelnie. Moje ciałko na wiosnę. Przy świetle żarówki w łazience wygląda inaczej. Nic to - by palcem słońca między żebra nie dostać, wprawiłam w ruch hula-hop. Polecam. Zwłaszcza tym, którym umiejętność kręcenia gdzieś się zapodziała. Nieustannie spada i skłonów nie da się zliczyć.
To było wczoraj.
Dziś czuję się jak wykrochmalona.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Weekend u Babci

Kilka dni spędziłam z Mamą w domu Babci. Doprowadzałyśmy go do porządku, bo zdrowie już nie to. A z drugiej strony życzyłabym sobie takiego zdrowia w Jej wieku.
Było miło, rodzinnie. Nie do końca słodko, ale nie z powodu ogromu pracy. Pracy się nie boję. Po pierwsze Babcia nie grzeje w domu, a ja jestem piecuch. No i jest kwiecień. Koszulka pod piżamą, grube różowe skarpety naciągnięte na spodnie, co by się skrawek skóry nie wypsnął przez sen, kołdra po egipsku czyli na mumię i tylko nos na zewnątrz do przeżycia. I właśnie ten nos! Arktycznie zmrożony. Trzy noce właściwie nie przespane.
Druga sprawa to pies. Nowy. Nie wiedzieć czemu nazywany Nusią, choć zdecydowanie jest Nusiem. Jego życie polega na kilku nieskomplikowanych czynnościach. 
Pierwsza to lizanie. Nie sposób Niusię pogłaskać, bo Niusia bez przerwy liże. 
Druga to niezwykle wysokie wyskoki. Niusia zjawia się zazwyczaj z zaskoczenia (bo Zaskoczenie to jej drugie imię) i skacze na wysokość twarzy. A że pierwszą pasją jest lizanie, więc skok kończy się liźnięciem w policzek i nagłym zniknięciem. 
Trzecia pasja Niusi to wicie się po podłodze. Szczerze mówiąc dopiero po dwóch dniach zobaczyłam, że Niusia ma uszy. I to jakie wielkie! Z cudnie zwisającymi loczkami. Na co dzień Niusia uszu nie posiada, bo widocznie przeszkadzają w wiciu się, ale to już pewnie kwestia zasad fizyki, w które nie zamierzam się wgłębiać. 
Niusia też się podkłada. Robi to tak jak przy skakaniu, czyli z zaskoczenia. Zjawia się znikąd i nagle leży przed tobą na plecach ze słodko podkulonymi łapkami, cielęcymi oczkami, w których czai się prośba o pogłaskanie, do czego oczywiście dojść nie może, bo Niusi pasją jest lizanie. Nie wiem, jaki jest cel podkładania się, ale podejrzewam, że człowiek, bo przywiozłam do domu siniaka na ramieniu po zderzeniu z kantem ściany po sytuacji podłożenia.
Niusia ma jeszcze kilka innych cech przypisanych: je skórki z kaszanki, słoninę, sika na dywan w przedpokoju, jest gotowa zabić, jeśli ktoś jej próbuje odebrać skórzane wkładki do butów (nie wiem, czy tylko moje) oraz współżyje z szalikiem w kratkę.
Zdecydowanie wolę koty.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

...


Kilka dni i kawałków nocy spędziłam nad korektą tekstu. Dziś zniknęła już z mojego życia, a ja, mimo że padam, mam ochotę tańczyć:)
Dobrze, że to dziś, bo byłam o krok od linii obłędu. Próbowałam dzwonić z pilota, włożyłam ścierkę do lodówki, nauczyłam kota kilku brzydkich słów, a ostatniej nocy śniły mi się spacje. Nie takie spacje między literami - u mnie liter nie było. Same spacje. Czyli nic. A jednak spacje.
Idę odreagować w wannie z książką.
Wszystkim życzę dobrej nocki i miłych snów. O czymś.

sobota, 17 kwietnia 2010

Jestem!


Od kilku dni korci mnie, by coś tu skrobnąć i wciąż brakuje mi czasu. Durne wytłumaczenie. Ale czasem tak jest z tym czasem. A czasem i z chęciami, nawet tymi dobrymi.
Najpierw święta w dwóch wymiarach. W jednym tym cudownym z rozmowami nocą z Mamą. Ze spacerami po miejscach dzieciństwa. Z żabami wędrującymi do stawu samotnie i od stawu w stronę lasu z towarzyszem na plecach. Z krokusami i winoroślą oplatającą platan. Z wąwozami łysymi jeszcze brakiem liści, ale z zawilcowym dywanem. Drugi wymiar to emocje zdecydowanie przeciwne mojej potrzebie wyciszenia, czyli spotkanie z ex, który świat postrzega jak jedno wielkie rozczarowanie o zmiennym natężeniu. Emocje podwojone empatią, bo nie potrafię nie być empatyczna od chwili narodzin Syna.
Pewnie trochę przedłużone spacery w zdradzieckiej - acz pięknej! - wiosennej aurze, ale raczej te emocje zakiełkowały tym, że oprócz torby świątecznych przysmaków przywiozłam do domu chorobę. Bo ryba psuje się od głowy. I tak zepsułam się na dni pięć do czasu, gdy zaczęły mnie poszturchiwać obowiązki i kot otrząśnięty z depresji. Wierzcie lub nie, ale Pędzel zapada w kocią depresję po każdym powrocie od moich Rodziców.
Jeszcze kilka dni spędzonych nad zaległą pracą przy komputerze i wrócę do mojego świata.
A za oknem zieleń się obudziła. Zauważyłam, więc powoli się naprawiam. Jest dobrze!

środa, 31 marca 2010

Pali się


Wracam sobie wczoraj wieczorem z kiermaszu. W jednej łapce zielona torba z aniołami, w drugiej wiklinowy koszyk z królikami i barankami. Idę sobie kroczek za kroczkiem, motylek przeleci, ptaszki się przekrzykują, pączuszki forsycji wysuwają noski. Idę sobie i wiosną się zachwycam.
I nagle w moim kierunku biegnie trzech szkrabów.
- Plose pani, plose pani, pali się!
- Gdzie się pali?
- Na boisku się pali!
- Takie dwie dziewcyny podpaliły - krzyczy drugi.
Spoglądam w lewo na nasze boisko szkolne i rzeczywiście: na środku płoną dwa niewielkie patyczki.
- Po stras pozarną tseba zadzwonić - chłopcy są bardzo podekscytowani.
- Nie trzeba, zaraz samo zgaśnie.
- Nie zgaśnie. Tseba zgasić.
- Po stras zadzwonić.
- Nie można po straż dzwonić, bo to tylko małe patyki i zaraz zgasną, a straż może być potrzebna przy dużym pożarze - próbuję im wytłumaczyć.
- To co robimy?
- Moze kamieniami w to zucać - podsunął trzeci.
- Kamienie to nie jest dobry pomysł - mówię. - Tylko porozrzucacie ogień i wtedy dopiero może być nieszczęście. Można tylko czymś zalać.
- To ja zaleję - krzyknął jeden chłopczyk.
- Ja ci pomogę - drugi.
- I ja tes - trzeci.
W okamgnieniu przeskoczyli przez prawie dwumetrowy płot okalający boisko wraz ze szkołą, rozsunęli rozporki i zalali:)
Strażacy z nich mierni jeśli patrzeć na efekty, ale takich ochotników poszukuje OSP.

wtorek, 30 marca 2010

Prolog do wyciszenia

Do pełni szczęścia brakuje mi ogrzanego słońcem hamaka na balkonie. 
Nie powiem, żeby wiklinowy fotel bujany na niewielkim tarasie w domku przysiadłym w lesie rozśpiewanym ptasim świergotem na spółkę z ogrodem pachnącym mieszanką jaśminu i rozmarynu przelał by czarę. Ani talerzyk w angielskie róże przykryte przez cantuccini czekające na zanurzenie w kieliszku półwytrawnego czerwonego wina. Ani najnowsza powieść Janathana Carolla, która wreszcie doczeka się uchylenia okładki. Ani dochodzący z domu zapach smażonych warzyw mieszanych na patelni nie przeze mnie.
Powiedzmy, że pół królestwa za ogrzany słońcem hamak na balkonie.
Tymczasem leżę w łóżku, zajadam migdały i napawam się myślą o tym, że za chwilę wyciszę telefon, a jutro obudzę się, kiedy się obudzę.
Zamówienia, przygotowania do dwudniowego kiermaszu i sam kiermasz. Wszystko to cudowne minuta po minucie. Ale dziś obudziłam się jako ten przekłuty balonik. Dziś zabrakło czasu na odpoczynek: zaległości biurowe, zaległe maile, pakowanie przesyłek, bieg na czas na pocztę, pranie, wołające wody kwiaty, na kolanach laptop na spółkę ze stęsknionym kotem. 
Ale jutro...
Jutro wyspanie.
A wieczorem jeszcze jeden kiermasz.

poniedziałek, 15 marca 2010

Sny szczęsliwe


Nasze sny są odzwierciedleniem rzeczywistości, naszych marzeń, trzeci typ nas szokuje.
Gdy pracowałam w supermarkecie, śniły mi się szklane butelki z pastą do nagrobków, na których nie mogłam znaleźć ceny. Gdy w firmie dekoracyjnej-kleiłam pęknięte balony taśmą izolacyjną. Gdy w ubezpieczeniach-klienci, do których dzwoniłam, siadali nagle przy moim biurku i stroili dziwne miny skłaniając mnie tym do odłożenia słuchawki.
Od dłuższego czasu we śnie lepię, maluję, szyję, odkrywam, że ktoś szyje to, co ja lub widzę mojego uśmiechniętego kota (nota bene Pędzla) z pędzlem w łapach. Jakim więc zaskoczeniem był dla mnie dzisiejszy sen! Ocean, horyzont jak okiem sięgnąć nie niepokojony żadnym statkiem czy żaglówką. I plaża. Piach bez jednego kamyczka i bez żadnego człowieka. Tylko ja, ocean, piach i słońce. Szłam sobie po kostki w wodzie uśmiechnięta, szczęśliwa, sen się ciągnął rozkosznie, a ja marzyłam, by tak iść i iść.
I wtedy go zobaczyłam.
Teraz przeniesiemy się prawie siedem lat wstecz, gdy jeszcze Pędzla nie było na świecie. Pędzel nie ma nic wspólnego z tą historią, ale jest moim odnośnikiem, bo pojawił się dokładnie rok po moich włoskich wakacjach. Bo właśnie do tych wakacji na chwilę wrócę. Nie będę opisywać tych dwóch miesięcy, bo to materiał na grubą książkę, a na mnie czeka maszyna do szycia i nagie króliki. Zahaczę tylko o jeden incydent.
Po wielu perypetiach z poszukiwaniem pracy trafiłam w końcu do seniory Luigii. Właściwie senioriny, bo męża owa dama nie posiadała, co po jednym dniu przestało mnie w najmniejszym stopniu dziwić. Seniora miała coś pod siedemdziesiątkę, była zrzędliwą stara panną, byłą nauczycielką z setką chorób i drugą setką natręctw. A może z dwiema setkami?
Jednym z nich był fakt, że przyjdą i zamordują. Zanim zapadał zmrok trzeba było zamknąć okna. Najpierw okiennice. Każda na trzy zasuwy. Okna jedynie na dwie. Co wieczór ten sam rytuał: do każdego pomieszczenia seniora wchodziła pierwsza, ja dreptałam za nią. Stawała przy oknie-zawsze z lewej strony-i wkraczałam ja. Okiennice trzy spusty, okna dwa spusty. Następne pomieszczenie. Kiedy już wszystko zostało zamknięte, następował czas upewnień. Powracałyśmy do pierwszego pomieszczenia, otwierałyśmy okno (my, czyli ja), sprawdzałyśmy trzy spusty, zamykałyśmy okno i przechodziłyśmy do kolejnego pomieszczenia.
Wspomniałam, że to było drugie piętro kamienicy, gdzie na każdym poziomie podłogę od sufitu dzieliły lata świetlne? No, ale skoro przyjdą i zamordują, ostrożność była na pierwszy miejscu.
Pewnego wieczoru seniora Lugia wezwała mnie jak zwykle mosiężnym dzwoneczkiem. Grzecznie podreptałam do salonu. Seniora siedziała na starym fotelu, a w dłoniach dzierżyła niezwykłej urody naczynie, białe, ozdobione błękitnymi kwiatuszkami. 
Muszę tutaj dodać, że moja znajomość języka włoskiego w chwili wyjazdu była na poziomie kulinarnym. Wiecie: pizza, spaghetti, cannelloni i cafe. Znałam też buongiorno i amore-to drugie Mama wybiła mi z głowy i kazała wracać do Polski z końcem sierpnia. Języka uczyłam się wieczorami już na miejscu zaprzyjaźniając się z "Włoskim w dwa tygodnie" oraz zapamiętując usłyszane słowa i sprawdzając je potem w słowniku.
Wracając do salonu. Seniora uniosła naczynie w moją stronę i zaczęła mówić. Co? Pojęcia nie miałam. Ale umiałam już zachwycać się po włosku, więc się zachwycałam. Bo na prawdę było czym. Naczynie było białe bielą nieskazitelną, kwiatuszki miały kolor najbardziej pogodnego nieba, a porcelana, z której było zrobione (bardziej pasuje: stworzone) wyglądała tak cudownie krucho.
Pomiędzy zachwytami próbowałam wyłapać i zapamiętać choć kilka słów, by później sprawdzić je w słowniku. Seniora mówiła dużo i z przejęciem, więc byłam przekonana, że oto przekazuje mi historię cudu, które miałam szczęście dzierżyć w dłoniach. Wychwyciłam vazo da notte i orina i już widziałam dynastię Orina zasiadającą wieczorem do wspólnego stołu, by spożyć pożywną zupę nalewaną z tej pięknej wazy.
Czar prysł, gdy znalazłam się w pokoju odprawiona ruchem dłoni seniory. Odstawiłam naczynie i otworzyłam słownik.
Vazo da notte to nocnik.
A orina to mocz.
Kiedy poukładałam sobie w głowie resztę i posprawdzałam w słowniku, wszystko stało się jasne: po zmroku sikamy do nocnika, kroki rozchodzące się po domu w drodze do łazienki zwabią morderców, a oni przyjdą i zamordują.
I to właśnie ta oto waza dynastii Orina stała dziś na mojej plaży.
Co na to Freud?

poniedziałek, 8 marca 2010

Być kobietą, być kobietą


Pewnie komuś podpadnę, ale tak sobie pomyślałam, że skoro dziś moje święto, to wszystko mi wolno. Choć nawiasem mówiąc dziś już z tej wolności skorzystałam i nie jestem pewna, czy dobrze na tym wyszłam. Bo poszłam - cholercia - do fryzjera. Zawsze tam chodzę, by lepiej się poczuć i lepiej wyglądać. Piszę to po to, by było jasne, że nie idę się oszpecić. Więc dlaczego zawsze jestem potem taka brzydka i skłonna do wycia? Masochizm nie do wyleczenia.
Ale wracając do początku. Gotuję się, gdy widzę te wszystkie manify i feministki! Walka o szacunek - tak, o równe traktowanie w pracy - tak, o śmierć poglądom o kobiecie służącej -  tak, o miejsca w polityce - proszę, jeśli któraś czuje taką potrzebę, ale cała reszta staję się już farsą. Wsłuchiwałam się dziś próbując wyciągnąć z tych hałaśliwych transparentów, czego my - kobiety - jeszcze chcemy. Nie znalazłam nic nowego. Idą i krzyczą to samo od lat. Nie zauważyły, że część już przewalczone, a skoro część druga nie, to może czas na inny sposób? A może warto spróbować na własnym podwórku?
Czego my - kobiety - jeszcze chcemy? Móc bezkarnie rozrzucać skarpetki po domu? Przy odgłosach meczu hodować piwny brzuszek? Być wygnane z naszego kuchennego królestwa? Przestać depilować nogi? A może sikać na stojąco?
Najsmutniejsze jest to, że po manifie część wróci do domu, siądzie w kącie i napisze pozew o rozwód rujnując kilka żyć, a druga część pokornie pozbiera rozrzucone po podłodze skarpetki stąpając na paluszkach, bo mecz trwa w najlepsze.

Ja w każdym bądź razie życzę dziś wszystkim kobietom radości z drobiazgów, umiejętności śmiania się z siebie (bezcenne!), dobra, piękna, odrobiny magii, szczęścia i mądrości. I mężczyzny, który wyniesie postawione w przedpokoju śmieci zamiast odsunąć je nogą, który będzie nas nosić na rękach, który będzie czytał w naszych myślach, uprzedzał nasze życzenia, wymieniał żarówki tuż przed przepaleniem. I żeby robił to z radością i bez cienia myśli, by zorganizować może jakąś manifę.

niedziela, 7 marca 2010

Włam


Poszukiwania garażu do wynajmu w pobliżu naszego mieszkania trwały kilka miesięcy. Poczta pantoflowa uruchomiona, stada ogłoszeń prasowych przejrzanych i nic. I wreszcie w piątek perełka. 
Umówiłam się z kobietą na sobotę. Kobieta zamiejscowa, garaż po dziadku.
-Czyli przed gimnazjum?
-Nie wiem. Kiedyś tam była podstawówka. To ta szkoła?
-Nie wiem. Od kiedy tu mieszkam jest gimnazjum.
-A jest jakaś podstawówka?
-Jest, ale gdzie indziej.
-To co robimy?
-A wie pani, gdzie jest komisariat?
-Wiem.
-To może tam, bo on jest jeden.
I tym sposobem o 11:30 stanęłam przed komisariatem. Minęło 5 minut, kobieta się nie pojawiała. Mam czas-pomyślałam. Dam jej studencki kwadransik. I tak stoję sobie i stoję, podjeżdża radiowóz, wysiadło dwóch mundurowych, popatrzyli na zagubioną kobietkę i weszli na komisariat. Minęło kolejne 5 minut, z komisariatu wychodzi policjant.
-Mogę w czymś pomóc?
-Ach, nie. Dziękuję. Umówiłam się tutaj.
Incydent mający pewne znaczenie trzy godziny później.
Jak się okazało, kobieta spóźniła się, bo nie mogła kłódki otworzyć. Poszłyśmy tam razem.
-Mówiła pani, że drzwi nie najlepsze, ale wcale nie są takie najgorsze-powiedziałam.
-Ale i nie najlepsze. Chyba kłódka zardzewiała. Wie pani, dawno tu nie byłam. A druga kłódka ukradziona.
Próbowałyśmy na różne sposoby otworzyć te kłódkę. Wsuwając klucz do oporu, delikatnie wysuwając, i używać sił herkulesowych też próbowałyśmy. Spryskałyśmy odmrażaczem, potem olejem i nic.
Koniec końców zmordowane umówiłyśmy się na poniedziałek. Pani postanowiła zabrać męża do pomocy. Poszłam do domu.
Po dwóch godzinach zadzwonił telefon.
-Pani Moniko, wie pani co? Nie ukradli tej drugiej kłódki.
-Znalazła się?
-Nie, wcale się nie zgubiła.
-Ale przecież ja widziałam, że nie było tam drugiej kłódki.
-Tam nie było. Bo to nie był ten garaż.
Co robi przykładny obywatel przed włamem? Kręci się przed komisariatem, aż sprowokuje zainteresowanie władz.  
Uśpić czujność.

środa, 3 marca 2010

Z góry przepraszam za słownictwo...

Sąsiad ów mieszka klatkę obok. Jest z tych niemało spożywających lub jak kto woli: nie wylewających za kołnierz. Wiatr nie wiatr, nim zawsze miota.
Jak się poznaliśmy? Szłam sobie po zakupy, gdy zobaczyłam zbliżającego się listonosza. Spodziewałam się listu poleconego, więc postanowiłam poczekać i oszczędzić sobie spaceru na ślimaczą pocztę z awizo. Szybko okazało się, że dobrze uczyniłam, bo list był. Gawędząc sobie z listonoszem zauważyłam tegoż sąsiada, który chwianie swe niwelował barierką stojącą przy schodach. Patrzył na nas dziwnym wzrokiem.
Po rozstaniu z listonoszem ruszyłam dalej, a droga ma prowadziła obok sąsiada z barierką w dłoniach. Przechodząc obok usłyszałam:
-Wkurwia mnie ten listonosz.
-Dlaczego? - zapytałam.
-A bo wie, że w domu jestem, a awiza w skrzynce zostawia.
Broniłam mojego ulubionego listonosza, jak tylko potrafiłam, ale sąsiad na przekonanego nie wyglądał. Nic to.
Jakiś czas później znów sobie idę, a idąc piszę smsa i nagle słyszę:
-Wkurwiają mnie te psy. Srają gdzie popadnie.
Sąsiad rzecz jasna.
Dziś w pewnym momencie dnia zrobiło mi troszeczkę smutno. Taki tam smsik. Nic wartego opisania, ale smuteczek maleńki przyszedł. Szłam właśnie po zaopatrzenie lodówki i zobaczyłam go. Sąsiada. Pomyślałam sobie, że człowiek jestem, smutny człowiek, a co człowiekowi poprawia samopoczucie? Gorsze samopoczucie innych.
Gdy zrównałam się z sąsiadem, zapytałam:
-Czy coś dziś pana wkurwia?
-A wkurwia, wkurwia - usłyszałam. - Ulotkownicy mnie wkurwiają! Zostaw człowieku kupkę, to se wezmę. Kiedy wezmę? Jak mi się zechce. Kiedy mi się zechce? A gówno cię to obchodzi!
I poszedł. 
Na poprawę samopoczucia każdy sposób dobry.

czwartek, 25 lutego 2010

Dobry dzień

Wczorajszy dzień zaczął się od stłuczonego talerzyka. System domina. Wsypałam kotu suchą karmę do miseczki i odstawiłam słój na półkę. A dokładniej prawie odstawiłam. Jak na zwolnionym filmie widziałam jak poddaje się grawitacji. Próbując odruchowo go złapać, pomogłam mu tylko skręcić w kierunku ściany. Ściana, jak to ściana, odbiła słój po swojemu, a on poszybował wprost na mój ukochany kubek z zieloną herbatą. Kubek też zachował się przewidywalnie i oburzony runął na talerzyk z kocim jedzonkiem. I tym sposobem na podłodze miałam kryształki talerzyka w zupie mięsno-zielono-herbacianej.
Talerzyk ów był ostatnim nietłukącym się talerzykiem pochodzącym z serwisu otrzymanego w prezencie ślubnym. I tym sposobem los zrobił za mnie to, na co od dawna miałam ochotę, podczas gdy moja niełotrowska natura sie buntowała.
Pomyślałam, że to będzie dobry dzień!
I był. Przyjechała Kasia. Jeśli napiszę: "duch przeszłości", zabrzmi złowieszczo, ale to dzięki Jej obecności przenoszę się w świat dzieciństwa. Tego ciepłego, radosnego, beztroskiego na swój sposób. Jakiś czas temu postanowiłyśmy spisać nasze wspomnienia. To zapewne byłby bestseller dla kilku osób, ale czyż nie warto?
Siadłam sobie kiedyś z karteczką i piórem, by naszkicować, ponotować, słowa zapisać nie nadając im formy. Tak tylko od czegoś zacząć. Tabula rasa. Siedziałam nad tą kartką z piórem nad nią zawieszonym i nie pamiętałam. Nic. Tylko uczucia. A może aż uczucia?
Wczoraj siadłyśmy sobie i zaczęło się "a pamiętasz jak?". Zanim przyjechała pamiętałam tylko to, że chciała mnie zabić:) A potem okazało się, że da się powydobywać tony diamentów z dysku pamięci, jeśli obok znajdzie się ktoś, kto śmiejąc się razem z tobą zawtóruje: "raazem, raazem".
Coś z tego będzie!
A jeśli już jestem przy Kasi, to ona mi dziecko straszy. Gdy była ostatnim razem, trafiła na obiad. Dostawiłam trzeci talerzyk i wybierałam się do pokoju po krzesło, gdy powiedziała: "Niech Arek przyniesie". Po obiadku Arek wstaje od stołu, a chwilę potem słyszy: "A talerzyk do zlewu kto wstawi?". Wczoraj jedliśmy obiad z Synem. Makaron nie słony, warzywa za pikantne i wszystko jakieś takie nie za bardzo. I zadzwonił telefon: "Jadę do Ciebie". "Kto jedzie?"-zapytał Syn. Kasia. "To ja spadam, bo znowu każe mi coś robić". I to niedobre jedzonko zostało wchłonięte w kilka sekund, a potem nastąpiło zniknięcie.
Straszycie dzieci Babą Jagą? Zastanówcie się!

sobota, 20 lutego 2010

Hmm..


Zamilkłam sobie. Nie pisałam, bo przyrosłam do maszyny do szycia, a z taką naroślą współpraca z laptopem sprawia pewne problemy. Nie pisałam, bo znam magię internetu, tę wciągającą, wsysającą tajemnicę. Nie pisałam, bo właściwie nie było o czym, gdy wokół króliki, szmatki, łatki równolegle z upływającym czasem i czekającymi na efekty galeriami.
Nie pisałam, ale dziś muszę. Bo nie potrafię nazwać swoich uczuć, emocji. Nie potrafię zrozumieć.
Kiedy idąc dziś do kuchni zrobić sobie zasłużoną ratującą życie kawę, potknęłam się o dwa worki z kawałkami materiałów i gazet po malowaniu. Sama je tam postawiłam z zamiarem potknięcia, bo co utknięte po kątach-poczeka, co na drodze-zmusza do działania. Przejrzałam zawartość chlebaka, szafki z herbatami i lodówki, złapałam torbę, worki ze śmieciami i ruszyłam w świat. 
Piętro niżej wiszą skrzynki na listy. Zajrzałam przez dziurki i coś ujrzałam. Dziwne: wczoraj wyciągałam korespondencję, a dziś sobota i listonosz powinien byczyć się oglądając zawody w Vancouver. Otworzyłam skrzynkę, a tam? Gówno! Nie gówno, czyli NIC-normalne gówno! Psie jak sądzę.
I co ja mam myśleć? Co czuć? Strachu nie poczułam, bo gówno to gówno, nie na przykład obcięty palec. Mafię wykluczyłam. 
Ale co to miało być? 
Bo jeśli żart, to cholernie gówniany!