niedziela, 29 stycznia 2012

Wpadek kilka:)

Na biurku pomalowane na biało schną skrzynki, skrzyneczki, wieszaki i inne cuda w oczekiwaniu na przyszłe udekorowanie. Na komodzie w przedpokoju stygną upieczone anioły. W piekarniku na ich miejsce wskoczyły suchary, w których zakochałam się bez reszty po pierwszym chrupnięciu kilka miesięcy temu. Puszka opustoszała, a w niedzielę jakoś mnie ciągnie do pieczenia. Maszyna do szycia rozłożona na stoliku wiklinowym czeka na klik, by ruszyć z kopyta. Nic z tego. Czas się na chwilkę zatrzymać. Na troszkę chociaż, bo na liście na dziś muszę wykreślić kilka pozycji i nie ma przeproś. Potem.
Byłam na krótkim spacerku. Byłby dłuższy, gdybym taki chojrak nie była i pamiętała ostatnie prognozy i babcine rady o ubieraniu się na cebulkę. Krótki niekrótki, dobrze mi zrobił. Trzy razy byłam w łazience, by rumieńcami na twarzy się pozachwycać:)
Styczeń się kończy. Od kilku dni zatrzymuję się, obserwuję, szeroko oczy otwieram za zdziwienia i niedowierzania, bo chyba to mające początek pod koniec listopada zmęczenie odeszło w końcu. Skończyło się, odpłynęło lub poszło w diabły - wszystko mi jedno. Nie ma i już. Jak ręką odjął. Hura sobie krzyknę i nawet podskoczę!
Grasza zachęciła mnie do wyznania grzechów zmęczenia. W sumie co mi zależy:) 
Przypadków było niewiele, a może nie wszystkie zauważyłam, co jest całkiem możliwe. Ok, zaczynamy od przejęzyczeń:

Rozmowa telefoniczna z Agą:
-Co robisz?
-Myję szyszki.
Co tu dużo mówić, Aga też była przemęczona, bo dopiero po kilku zdaniach na inny temat dotarło to do niej.
-Czyli co właściwie robisz?
-Myję szyszki. A dokładniej szyję myszki.

Wróciłam z zakupów i mówię do Syna:
-Spotkałam Jamę Macka.
Syn, cóż, też widocznie zmęczony, zapytał:
-Tak? I co mówiła?
A Jama Macka to oczywiście Mama Jacka:)

Innego dnia. Skompletowałam pranie z ręcznikami włącznie. Przyniosłam świeże ręczniki,  położyłam na pralce, nastawiłam pranie i zapomniałam te ręczniki porozwieszać na wieszaczkach. Chwilę potem z pokoju wyłonił się Syn.
-Mogę zająć łazienkę? Chciałbym się wykąpać.
-Jasne. Na pralce masz świeże pomidory.
Błagam, nie pytajcie mnie, skąd mi się wzięły te pomidory! Zielonego i czerwonego pojęcia nie mam:)

Dalej. Rozmawiam z Agą przez telefon. Oczywiście telefon tkwi pomiędzy ramieniem a policzkiem, bo ja z tych, co muszą (MUSZĄ!) robić co najmniej dwie rzeczy na raz, czyli rozrysowuję wykrój na płótnie. Po jakimś czasie rozmowa się kończy, odkładam telefon i próbuję dokończyć te wykroje. Ale obraz zaczyna mi się rozmazywać. Najpierw małe zdziwienie, potem strach. Wyprostowałam się powoli, bo cholera wie, co mi się stało. I niby stoję prosto, ale jakiś dyskomfort czuję. Co mi jest? - myślę sobie. Olśnienie: głowę mam w bok dziwnie przekrzywioną. Dotykam powoli lewego policzka i na co natrafiam? Na telefon! Co zrobiłam? Zamiast odłożyć telefon, zdjęłam okulary...

Idę do sklepu. Jeszcze na schodach dzwoni telefon. Odbieram rzecz jasna i rzecz jasna rozmawiam przez całą drogę do sklepu. W kurtce ręka co chwila cierpnie, więc od czasu do czasu przekładam telefon do drugiej. Niewygodnie mi jak nie wiem co, bo co chwila muszę przekładać wszystko, nie tylko telefon. No właśnie: jakie wszystko?! Przecież dopiero zmierzam do sklepu. Zatrzymuję się tuż przed sklepem i przytomnieję Dwa wielkie worki ze śmieciami w dłoniach:) Więc w tył zwrot do śmietnika - dłuższy spacerek:)

I jeszcze jedna historia z telefonem. Jadę pozałatwiać sprawy na tak zwanym mieście. Telefon tym razem dzwoni, gdy zawiązuję buty. Spieszy mi się, więc nie siadam, by porozmawiać (tym bardziej, że wiem, iż to będzie rozmowa z tych dłuższych), tylko dalej wkładam kurtkę, zapinam, omotuję szalik, rękawiczki do kieszeni. Sprawdzam jeszcze zawartość torebki, czy aby niczego nie zapomniałam. Papiery są, portfel na miejscu, chusteczki, pomadka. Więcej mi nie trzeba. Wychodzę rozmawiając. Gdy dochodzę do przystanku, wkładam rękę do kieszeni i dochodzi do mnie, że... telefonu zapomniałam.
-Kurczę, muszę wrócić do domu, bo coś zapomniałam - mówię do telefonu rzecz jasna:)
Gramolę się na drugie piętro, zrzucam torebkę i gorączkowo szukam. Ni w ząb!
-Cholera, nie mogę znaleźć.
-A co ty szukasz - dobiega pytanie przy uchu.
-Telefonu. Nie mogę bez niego pojechać.
-Aha - pada po prostu i wracamy do rozmowy jak gdyby nigdy nic. Dobre pięć minut później słyszę:
-Wiesz co? Głupio mi, że dopiero teraz pytam, ale czy ty przypadkiem nie szukasz tego telefonu, przez który rozmawiamy?

Więcej grzechów nie pamiętam:)
No może jeszcze to, że tuż po kliknięciu "wyślij" do organizatora kiermaszów zauważyłam zamiast "pozdrawiam" PIZDRAWIAM... Po szybkich przeprosinach dostałam maila u uśmiechem. Ufff...

Pośmiałam się z siebie, odpoczęłam i do roboty! Miłego dnia Kochani:)

niedziela, 15 stycznia 2012

Podrygiwanie pokręconej

Nie wiem, jak to się stało. 
Może to kara za dywanik z przedpokoju? Przyznaję: lenistwo i niechęć do pokonania dwóch pięter w dół, rozwieszania na trzepaku, trzepania i dwóch pięter w górę mnie ogarnęły. Po co zamęt dla jednego małego chodniczka? Koniec końców wykonałam część zadania, a mianowicie odczekałam, aż się ściemni (czytaj: uśpi się czujność sąsiadów) i wytrzepałam chodniczek na ziejącym wiatrem balkonie. Choć z całą pewnością uniewinniają mnie poczynania sąsiadów z góry (dłuuuga historia), to nie czuję się z tym najlepiej.
Może kara za Menopauzę Pani Domu? Ekspresyjne odkurzanie, noszenie kwiatów w niemałych donicach pod prysznic i odnoszenie na miejsce, szorowanie poziomów w kuchni pokrytych tłuszczem i pionów skrobanie z kamienia w łazience. Wszystko to powoduje lanie potu ciurkiem, czyli menopauza jak nic. Tylko nikt nigdzie nie napisał (sprawdzałam na forach wszelakich), że menopauzę trzeba przetrwać bez przeciągów, a ja mam okno balkonowe proste w obsłudze.
Może to kara za spocone zbiegnięcie na parking z siedmioma kilogramami książek dla Mamy Przyjaciela? Spocone, bo pomiędzy poziomami w kuchni i pionami w łazience. Konieczne, bo wiem, jak boli brak książki w zanadrzu, gdy ta obecna się kończy. Kilogramy nie na sztuki, bo mole książkowe inaczej postrzegają świat.
No właśnie! To kilogramy wyniesione we wtorek z biblioteki mnie zmyliły.  Gdy w środę rano zabolało, pomyślałam, że to stawy, że może kręgosłup. Stare kości.
A to nie kości. To kara za sprzątanie przedświąteczne po świętach. Nerki mi przewiało.
Ale radzę sobie.
Jednak nie ma tego złego. Rano nie wstaję ot tak sobie z łóżka, a turlam się i dzięki temu co dzień wstaję prawą nogą:) Budzę się nocą wielokrotnie z bólu i niemocy i łapię chwile, podczas których mogę przemyśleć kawałki nadchodzącego dnia i rano wstaję z nowym planem.
Tylko z muzyką gorzej. Gdy jestem sama, uwielbiam siedzieć w ciszy. Jednak gdy w pokoju Syna rozlega się muzyka-hmmm-polski rap, czy jak by to zwał, którego sama za nic bym sobie nie zapuściła, na tyle wszedł w moje życie, że podryguję, podtańcowywuję, podskakuję, gdy tylko znajdę się na nogach. A teraz z bolącymi nerkami? Tańczę na poziomie molekularnym. Wirują komórki.
Grunt, że coś się rusza, czyli żyję:)