czwartek, 9 kwietnia 2026

Dzień dobry, dawno mnie tu nie było:)

 


Nie wiem, czy po tylu latach da się po prostu wrócić.
A jednak siedzę tu znowu i piszę:)
 
Nie wiem, czy to w ogóle jest powrót. Wiem tylko, że znów mam w sobie słowa. Że jest we mnie życie, które chce być zapisane — już inne niż kiedyś. Spokojniejsze. Cichsze. 
Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ale ja nie wchodzę do tej samej rzeki – wracam tu do siebie. Po dziewięciu latach przerwy, znów otwieram tę szufladę. To miejsce kiedyś było moim kawałkiem świata. Zapisywałam tu codzienność, myśli, rzeczy ważne i zupełnie zwykłe. I nawet nie wiem, kiedy to wszystko się urwało.
Po prostu wydarzyło się życie. Takie, którego nie da się opowiedzieć jednym zdaniem. 
Wydarzyło się i napisało scenariusz, którego nie planowałam. Ale dziś jestem w miejscu, w którym znów chcę dzielić się codziennością. 
Wiele się zmieniło, ja się zmieniłam, ale moja miłość do słowa została.
Po tych dziewięciu latach jestem gdzie indziej. I chcę znów pisać.
 
Dziś chciałam się tylko przywitać. 
Dzień dobry raz jeszcze!


wtorek, 20 czerwca 2017

Dużo się ostatnio działo. Nadal się dzieje. W sumie to nic nowego, jak tak popatrzę.
Słońce wstaje wcześnie, a ja z nim, bo coraz bardziej szkoda mi każdej chwili. Każda może stać się ważna, jeśli się o to troszkę postaramy. Ja się staram, bo inaczej nie potrafię. Nie lubię marnotrawstwa wszelakiego, od kuchni, przez czas, aż po samo życie.
Trzecia część przygód Kajtka już w wydawnictwie. Mam nadzieję, że niebawem będę mogła napisać o niej coś więcej. Tymczasem jest czytana, oceniana, recenzowana. To ten czas oczekiwania.
Na spotkaniach autorskich jestem zasypywana mnóstwem pytań od moich Młodych Czytelników. Są te przewidywalne i zaskakujące, te przygotowane wcześniej, nawet spisane na karteczkach dzierżonych w dłoni, i te spontaniczne, wynikające z rozmowy. Są o pisanie, o życie prywatne, o podróże, kota i o to, co na talerzu. Nie da się wszystkich wymienić. A wspominam teraz o tym, bo gdy skończyłam pisać część trzecią, zrobiłam korektę, załączyłam plik do maila do wydawnictwa i wcisnęłam "wyślij", pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy to taka, że czas brać się za część czwartą. Druga myśl, że jeszcze nie wiem, co w niej będzie. Trzecia myśl to pytanie, które padło właśnie na jednym ze spotkań autorskich:
"Proszę pani, a czy w czwartej części mogłoby zabraknąć prądu?"
Kto wie? Może właśnie tak będzie:)
Najchętniej od razu zabrałabym się do pisania, ale pewnie znacie to uczucie, gdy coś się skończy, coś ważnego, ma się ochotę wykrzyknąć radosne "nie wierzę", a potem schodzi z człowieka powietrze. Właśnie tak ze mną było. Złapałam za książkę, zapakowałam się w koc i czytałam tak twardo i zapamiętale, jak tylko się dało, by nie myśleć nad kolejną częścią. Umysł musiał odpocząć.
Jednak po wieczorze przyszła noc, po nocy poranek, a ja obudziłam się z myślą, że gdzieś tam w szafce z notesami jest taki jeden, w którym jest zapisanych kilku bohaterów. I tyle, żadnej historii, żadnego pomysłu. Mam kilka takich notesowych skarbów. W jednych są luźne pomysły na fabułę, w innych początek jedynie, w kolejnych notatki nieuporządkowane, w innych fabuły zapisane do początku do końca, tylko siąść i pisać. Mam nawet taki jeden z samym tytułem. Wyjęłam ten z bohaterami i zaczęłam o nich myśleć. Przez następne dni pojawili się kolejni bohaterowie, zaczęły się rozmowy między nimi, które skrzętnie notowałam, a na sam koniec przyszła cała historia. Trzeba było to wszystko uporządkować, dopasować, dopracować i tym sposobem pomiędzy codziennością urodziła się kolejna książeczka. Tym razem dla młodszych dzieci:)
Odłożyłam ją tymczasem na dzień, dwa, może tydzień. Powrócę, przeczytam w całości, poprawię jeśli będzie trzeba i powędruje w świat!
A teraz? Teraz szafkę z notesami zamknęłam na kłódkę zaraz po tym jak wyciągnęłam notatki do odłożonego kryminału. Już czas do niego powrócić!
Pozdrawiam Was ciepło!

czwartek, 16 marca 2017

Zaszyta, zapisana

Wszędzie, jak okiem sięgnąć, śnieg. Biało po horyzont. Na tej nieskazitelnej bieli dwa pingwiny i krzak. Za krzakiem ukrywa się dziewczyna.
-Przyjdzie.
-Jesteś pewien?
-Przyjdzie. Kończy jej się biała nitka, a Unia Europejska zamknęła wszystkie pasmanterie.​

To nie bajka, nie początek opowieści. To mój sen. A za krzakiem to ja.
Fakt, kilka dni temu zobaczyłam prześwitującą plastikową rurkę pod kończącą się białą nitką. Zostało zaledwie kilka metrów, a przede mną spore zamówienie. Weekend już się zaczął, w szufladzie całe pudełeczko różnokolorowych nitek, wszystkich możliwych oprócz białej. Gdyby nie koleżanka mojego syna, szuflada jej mamy i nieco większa resztka białej szpulki, zostałabym z niczym do poniedziałku. Czy to traumy powodują takie sny? Ten był całkiem przyjemny, zwłaszcza przebudzenie ze śmiechem. Jednych budzi ich własne chrapanie, mnie dość często mój śmiech. Mogę tak codziennie! Swoją drogą mózg jest przeniezwykły.

Dni są zaszyte, w międzyczasie powstają notatki, nocami piszę. Tymczasem odłożyłam kryminał i skupiłam się na trzeciej części przygód Kajtka i jego przyjaciół. Powoli zbliżam się do napisania słowa KONIEC. Może za dwa tygodnie? Jak dobrze pójdzie.
Pamiętam, jak wiosną zeszłego roku pisałam część drugą. Oczywiście nocami. Pisałam do pierwszych śpiewów ptaków, czyli do około czwartej nad ranem. W tym roku ptaki zaczynają swoje koncerty tuż po północy-zauważyliście?
W zeszłym roku również koty się działy wcześniej. Pisałam o kocim lutowaniu. A tu połowa marca i cisza. To dziwne, że siedząc w domu, w mieście, w nocy, pisząc sobie zaledwie, człowiek ma możliwość obserwować, jak zmienia się przyroda. Dziwny jest ten świat.

Dużo słońca Wam życzę:) Obudźmy się po zimie i do przodu!

niedziela, 31 lipca 2016

Cudze życie

Zaczęło się od focha z rana.
Dziękuję niebiosom, że nie dane jest mi tego rodzaju stanów doświadczać. Ani od kogoś obok, ani sama nie jestem fochem dla kogoś. Tak z rana, tak w południe, tak znienacka, tak na chwilę i tak zatwardziale na dni kilka, gdy przyjdzie znikąd siła na dłuższy dystans. Foch sam w sobie jest złem.
Ten foch mi opowiedziany był jednodniowy. Niedługo? Bzdura. Jednodniowy znaczy całodniowy, a dzień ma nie tylko sporą ilość godzin, ale i zatrzęsienie minut oraz zatrważającą ilość chwil. Gdyby nie pytania: co się dzieje? Coś się stało? Źle się czujesz? Zrobiłem coś nie tak? Powiesz mi, co jest grane? i tak dalej i tak podobnie, to byłby dzień pod znakiem ciszy i miny, która fochowi nieodłącznie towarzyszy. Oj, brzydki to grymas.
Wyjaśnienie focha przyszło wieczorem, późnym wieczorem, więc - gdybym focha podziwiała - powiedziałabym: brawo dla wytrwałości. Wyjaśnienie owo poprzedzone zostało zerwaniem się po całodniowym marazmie i bezruchu pokrzywdzonej i huknięciem czegoś, co spadło z nagle szturchniętego stolika. Jakby tego było mało, poleciał pilot od telewizora. W ścianę. Przetrwał, bo on na fochach wychowany, w fochach zatwardziały. A może solidny producent? Nieważne.
Wyjaśnienie przyszło nagle, gdy milczenie i cisza trwały od jakiegoś czasu nieprzerwanie. W końcu wszystkie możliwe pytania padły wcześniej, zostały bez odpowiedzi, a na inne, na nowe, na działające w pewnym momencie dnia zabrakło pomysłu.
"Dlaczego ty mnie nie kochasz tak, jak on ją?!"

Przypomniał mi się telefon od... Nie, nie będę pisać, od kogo. To był telefon od kobiety, która zna mnie zawodowo. Mam kilka poziomów tego, czym się zajmuję na co dzień i taki obraz mnie posiada.
Tak więc zadzwoniła do mnie któregoś dnia.
- Pani Moniko, chcę być taka, jak pani - usłyszałam zaraz po jej przedstawieniu i skojarzeniu twarzy z głosem. Nie z nazwiskiem, które padło, bo ono akurat nic mi nie mówiło.
- To miłe, dziękuję - rzuciłam, bo naprawdę wydało się miłe.
- I chcę robić to, co pani - zabrzmiało dalej.
- Nie widzę przeciwwskazań - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Chcę żyć jak pani - ciągnęła i tu już troszkę moja radość zaczęła przygasać.
- To znaczy? - zapytałam niepewnie.
- Chcę szyć maskotki, prowadzić warsztaty i pisać książki - usłyszałam. Uf, pomyślałam. O to chodzi.
- Myślę, że wszystko da się zrobić, gdy się tego bardzo chce - odpowiedziałam.
- To świetnie - Kobieta była uradowana. - Znajdzie więc pani pół godziny, żeby się ze mną spotkać?
- W jakim celu?
- Powiedziałaby mi pani, jak szyć, co i jak z tymi warsztatami i jak pisać książki - Pani tym razem wydała się lekko oburzona, że nie zrozumiałam, o co jej chodzi. Wyczułam zniecierpliwienie. - Powiedziałam przecież, że chcę żyć, jak pani. Chcę BYĆ panią.

Nie tak łatwo było zakończyć rozmowę w sposób, który gwarantowałby mi brak następnego telefonu od niej. Rozmawiałam z nią jak z dzieckiem i dorosłą osobą jednocześnie. Umniejszałam to, co robię, podnosząc na piedestały jej życie. Nic jej nie obiecywałam, jednocześnie mając nadzieję, że między wierszami odbierze obietnicę, której nigdy nie spełnię. Tylko po to, by czuła, że ma na co czekać, na tyle długo, że znajdzie inny plan na swoje nowe piękne życie. Lub inną ofiarę, bo powoli zaczynałam się nią czuć.
Nie wiem, która część tego, co powiedziałam zadziałała, bo następnego telefonu nie było.
Pół godziny, by zamienić kobietę we mnie? Potrafię kilka rzeczy, ale stworzenie świata, w którym będzie żył mój klon, nie tylko robiący to, co ja, ale czujący, myślący jak ja - niewykonalne. Z moim charakterem i osobowością. Z wszystkimi ludźmi, których spotkałam na swojej drodze. Ze zrządzeniami losu. Z byciem w danym momencie w danym miejscu. Z moją przeszłością, moimi osiągnięciami, porażkami i błędami, na których się uczyłam albo i nie. 
Nie da się.
Można pójść do fryzjera ze zdjęciem Znanej Aktorki i poprosić o taką fryzurę. Można mieć tak ścięte włosy, jak Ta Znana Aktorka i jej fryzurę, bo fryzjer zdolny, idealnie wymodelował. Ale to działa do pierwszego mycia. Patrzymy w lustro i nie wyglądamy jak Znana Aktorka z naszego zdjęcia. Po pierwszym myciu nie mamy już jej fryzury. I nie mamy jej życia, mimo doskonałości fryzjera. Krótka iluzja podtapirowania i lakieru do włosów.
Wzorujmy się na innych, czerpmy to co dobre. Nawet wycinajmy zdjęcia i przypinajmy je do lodówki - czemu nie? To nie przestępstwo.
To, kim jesteśmy i jak żyjemy, nie determinuje nas na całe życie. Budujmy to życie, czyśćmy je, polerujmy, niech lśni i przyciąga wszystko, co najlepsze. Poznajmy siebie, nasze motywacje i ograniczenia, a potem je przekraczajmy. Na tym polega życie. Żadna półgodzinna rozmowa czy szczotka do modelowania nie zamieni nas w kogoś innego.
Przeżyjmy SWOJE życie. Tylko wtedy je poczujemy.

piątek, 8 lipca 2016

Rozmowa

-Kolejna kawa, kolejny papieros, kolejny kieliszek. Tak wyglądałoby moje życie, gdybym zasiadła do pisania – tak zabrzmiało pierwsze zdanie wypowiedziane przez moją przyjaciółkę przez telefon.
-O czym ty mówisz, Kochana?
-Nie przerywaj. Dzieci chodziłyby brudne i głodne, mąż odszedłby ode mnie bez mrugnięcia okiem i pewnie bym tego nie zauważyła. Tak samo jak nie zauważyłabym pląsających po domu karaluchów, bo niby jak, jeśli wcześniej nie zwróciłabym uwagi, że coś w nim śmierdzi.
-Kochana...
-Nie przerywaj. Ja tylko chciałam ci powiedzieć, że podziwiam cię za to, że wszystko ogarniasz. Szyjesz, malujesz, bejcujesz, lakierujesz, latasz na pocztę, ćwiczysz, lodówka kompletna, pranie się nie wala, a po nim to, co powinno, znajduje się od razu na półkach. Dom ogarnięty, wszystko ogarnięte, a do tego piszesz. Fakt, trochę kurzu nie uleciało mojej spostrzegawczości, ale przecież cały świat jest pokryty kurzem. Okna też mogłabyś umyć, przynajmniej te pominięte, ale z drugiej strony po co ci to za szybą, skoro to po tej stronie jest idealny świat.
-Nie jest idea...
-Nie przerywaj. Ja po prostu chcę powiedzieć, że kocham cie za to wszystko, a najbardziej za to, że nie wpadłaś w patologię, bo ja poleciałabym po pierwszym kroku. Gdybym postanowiła pisać. Musiałabym się oddalić ze świata, by dobiec do twojej wyobraźni.
-Mogę?
-Teraz tak.
-Papierosy? Przecież ty nie palisz.
-Zaczęłabym.
-Bo co?
-Katarzyna Bonda pali jak smok.
-A alkohol?
-Hemingway.
-Kawa?
-Uwielbiam, przecież wiesz. A inne używki - Słowacki, Witkacy, Gombrowicz, Lem i chyba nawet Reymont. A tak się nim zachwycałyśmy! Pamiętasz?
-Pamiętam. Posłuchaj mnie.
-Słucham.
-Chcesz pisać?
-Co ty?! Ja się do tego nie nadaję.
-Jesteś pewna?
-Jak najbardziej.
-Lubisz gotować?
-Przecież wiesz, że tak.
-Bardzo, prawda ?
-Szalenie! Do czego zmierzasz?
-Zanim wejdziesz do kuchni, machniesz sobie kieliszeczek lub wciągniesz kreseczkę? Tylko szczerze.
-Odwaliło ci?!
-A papierosik?
-Nie palę!
-A nie masz ochoty skoczyć do kiosku po paczuszkę?
-Jednak Ci odwaliło! Całkiem możliwe, pisarzom często odwala.
-Muszę pisać, jak ty musisz gotować. Z miłości. Miłość nie potrzebuje dopalaczy.
...cisza...
-I do tego jesteś mądra! Nienawidzę cię.
-Ja ciebie też. Zwłaszcza za brownie.
-Zadzwonię niebawem. Uważaj na siebie, Kochana.
-Ty na siebie też.

Ps. Rozmowa zapisana za zgodą współgadułki:)

niedziela, 24 kwietnia 2016

Śniadanie z Nesbo

Nie ma tak dobrze. Nie miałam możliwości zapytać: "Hej Jo, dosypać ci szczypiorku?". Nie siedział naprzeciw mnie, to tylko wywiad w gazecie.
Lepiej brzmi: zasnęłam wczoraj zmęczona, niż padłam, choć tak właśnie wyglądał mój wczorajszy wieczór. Padłam po raz pierwszy od niepamiętnych czasów przed północą. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów dałam czas mojemu kremowi na noc, by mógł spokojnie i swobodnie zadziałać.
Mam tak zwane odmóżdżające zlecenie. Myślenia przy nim tyle, co wyliczenie, by tego było tyle, tego tyle, a tego ile? Tyle właśnie. A potem jazda na maszynie. To było wczoraj i zostało jeszcze na dziś. Budzik nastawiony humanitarnie na porządne odespanie, ale zaśnięcie przed północą zrobiło swoje i obudziłam się dwie godziny przed nim. Fantastyczny poranek, gdy dom pogrążony we śnie. Zrobiłam sobie śniadanie, przydreptałam w mój kącik, podkurczyłam kolana i sięgnęłam po książkę. I odłożyłam książkę. Przypomniałam sobie o wywiadzie. Co ja tak sama będę jadła to śniadanie?!
Zaczytuję się w kryminałach Nesbo. Niektóre pokochałam miłością bezwzględną, do innych mam się o co przyczepić, są też takie, do których podchodziłam kilkakrotnie, by móc się w nich w końcu odnaleźć. I za to go cenię. Pisze, jak czuje, a nie jak chciałby czytelnik. Nie zależy mu na tym, by czytelnik się odnalazł lecz na tym, by on mógł się odnaleźć pisząc. Tak widzę Nesbo.

Na pytanie, ile stron dziennie pisze odpowiedział, że 3 tys. słów to jest ekstremalnie dużo, 2 tys. to bardzo dużo, normą jest 1 tys. Doczytałam wywiad, dopiłam herbatę i otworzyłam plik z moim kryminałem, nad którym wczoraj o świcie pracowałam. Zaznaczyłam, licznik słów-wyszło mi 997. Oj, muszę się poprawić!
Zapada zmrok. Uszyłam tyle, ile założyłam, obiad na jutro ugotowany, walizka na spotkanie autorskie spakowana, ubranie przygotowane. Czas na mały spacer dla przewietrzenia umysłu i zasiadam do pisania.

A teraz tak sobie patrzę kilka linijek powyżej. 997. Czy nie wyszło mi tak trochę kryminalnie?:)

czwartek, 31 marca 2016

Konkurs-ostatnie chwile:)

Kochani,
to już ostatnie chwile, by wziąć udział w konkursie organizowanym 
przez Portal Polonijny Dobra Polska Szkoła. Czekamy do jutra (1 kwietnia) do północy. 
Pięć egzemplarzy "Wakacji Kajtka" czeka na nowych właścicieli :)

KONKURS!
Mama Kajtka to prawdziwa czarodziejka w kuchni. Potrafi wyczarować każdą potrawę! A Ty jak sobie tam radzisz? Podaj przepis na ulubione danie swojego dziecka i prześlij jego zdjęcie (dania, nie dziecka, chociaż, oczywiście, zdjęcia smyków pałaszujących z apetytem swoją ukochaną potrawę i mam krzątających się w kuchni też są mile widziane :) ). Spośród zgłoszonych fotoprzepisów wspólnie z autorką wybierzemy pięć najbardziej apetycznych i nagrodzimy egzemplarzem książki „Wakacje Kajtka”. Ale to nie koniec niespodzianek! Fotoprzepisy trafią na stronę autorki www.wswieciekajtka.blogspot.com, gdzie można będzie je znaleźć w zakładce CZYTELNICY GOTUJĄ.
Chochle w dłoń i do dzieła!
Popisowe dania w formie przepisu i zdjęcia prosimy przesyłać na adres:
Na Wasze fotoprzepisy czekamy do 1 kwietnia br. 

 

wtorek, 22 marca 2016

Przy stole

- Oddam Ci tego placka. Jest idealnie chrupiący.
- Ale właśnie dlatego, że jest idealnie chrupiący, nałożyłem go Tobie.
Kwintesencja Miłości.

niedziela, 20 marca 2016

Jestem

Ostatnie pół roku to szalone życie. Tak dużo się działo! Nie mam pojęcia, jak to wszystko zmieściło się w tym czasie, który, mam wrażenie, minął w oka mgnieniu. I słońce nadal wschodzi i zachodzi w zastraszającym tempie. A czasem zachodzi i wschodzi-w te noce zarwane na pisanie.
Sto rzeczy na raz. Jednocześnie.
Maszyna do szycia coraz bardziej mi się przegrzewa, a żarówki spalają jedna po drugiej. Nie, nie ze starości. Ona, jak ja, nie ma czasu na starzenie się :)
Druga powieść dla dzieci, cała miła praca przed wydaniem i przemiła po nim. Spotkania z Czytelnikami, po których dostaję skrzydeł. Aż szafa pęka w szwach:) I te cudowne maile.
Praca nad kryminałem. Najpierw powoli, czasem z małymi zastojami, czasem kradnąca chwile przeznaczone na co innego, teraz nabrała rozpędu. "Fajnie jest tak się budzić z pomysłem na morderstwo" odpisała mi przyjaciółka na mojego wczorajszego maila o tym, że wstałam o świcie z gotowym tekstem i wciąż rozczochrana musiałam go wklepać. 
Mała przerwa na to miejsce tutaj i wracam do pisania. Jeszcze z godzinka, dwie i wydrukuję kupeczkę stron, z których wreszcie jestem zadowolona. Wreszcie mogę oddać je do pierwszego czytania w najlepsze i najcudowniejsze dłonie na świecie. Pewnie stąd ten przerywnik, bo mam pietra:) Znacie to przeciąganie zrobienia tego, co dla Was ważne?
Święta za kilka dni, po nich kolejne spotkania, wystawa i większe zamówienie. Dzieje się!
I do tego życie. To piękne życie:)

Kanapeczki kolacyjne z pastą z fasoli i odrobiną kolorowej wiosny dla upstrzenia stoją obok. Mocna i gorąca herbata paruje w ukochanym kubku. Pokrzepię się i wracam do pisania. Albo nie! Wracam do pisania, pokrzepię się w trakcie:)
Ściskam wszystkich, którzy tu jeszcze zaglądają mimo ciszy!


poniedziałek, 30 listopada 2015

Recenzja "Wakacji Kajtka" na portalu KSIĄŻKI W ETERZE

Pełen przygód pamiętnik jedenastolatka.
Za oknem zimowy krajobraz, a w Zysk i S-ka powiew wakacyjnych przygód! W sumie, czemu nie? Zajrzyjmy…

Kajtek stojący u progu wakacji wie jedno – nie będzie myśleć o szkole. Cała reszta nie jest już tak ważna, ale właśnie tę „resztę” spisuje w swoim nowym niebieskim dzienniku. Każdy dzień to obietnica nowych przygód, a tych Kajtek ma całkiem sporo. Zaczyna się od spontanicznego pomysłu taty na zbudowanie domku na drzewie, do którego można wejść po drabinie, ale pojawiają się schody, bo w pobliżu domu nie rośnie żadne drzewo. Potem jest kurs tańca i obóz przetrwania pełen wrażeń. Na szczęście zawsze można liczyć na przyjaciół i ich talent do pakowania się w różne kłopoty oraz na babcię, chętną do pomocy. Świat Kajtka jest ciepły i sympatyczny, więc przebywanie w nim to prawdziwa frajda. A na koniec warto wypróbować przepisy na smakołyki, które proponują bohaterowie pamiętnika.

Ciepła, wesoła i interesująca książka, która wprowadzi młodych czytelników w dobry nastrój.

Źródło:  KSIĄŻKI W ETERZE

czwartek, 5 listopada 2015

Przedpremierowa recenzja

Zostało zaledwie kilka dni do chwili, gdy "Wakacje Kajtka" trafią do księgarń, a potem w dłonie Czytelników i muszę przyznać, że to bardzo emocjonujący dla mnie czas :) Siedzę jak na szpilkach!

Dziś pojawiła się pierwsza przedpremierowa recenzja na blogu PISANINKA.
Serdecznie dziękuję Aniu!


Monika Madejek po raz drugi pozwala nam zajrzeć do nietuzinkowego i zabawnego świata rezolutnego chłopca o imieniu Kajtek. Prowadzenie dziennika spodobało mu się na tyle, że postanowił kontynuować to niezwykłe zadanie domowe w kolejnym zeszycie. Opowiedział nam na jego kartach o swoich pełnych przygód wakacjach w sposób idealny dla starszych dzieci, bo to do nich przede wszystkim skierowana jest niniejsza propozycja literacka. Autorka doskonale wcieliła się w rolę wchodzącego w wiek nastoletni chłopca, pokazując nam, z jakimi problemami boryka się dzisiejsza młodzież, o czym myśli i czym zajmuje na co dzień. Kajtek ma dwójkę młodszego rodzeństwa, brata Ediego i siostrzyczkę Kasię.
Jego tata jest listonoszem, a mama prowadzi kącik kulinarny w lokalnej gazecie. Uwielbia gotować, choć jak wiemy z pierwszego tomu serii nie zawsze wychodzi jej to tak, jak powinno. Zazwyczaj jednak jej dania są wyśmienite i smakują wszystkim członkom rodziny, a nawet kolegom i koleżankom Kajtka.
Tata chłopca w Dniu Ojca usłyszał smutną historię samotnego staruszka i pod jej wpływem zaczął wspominać swoje własne dzieciństwo, spędzone w Domu dziecka, ale wbrew pozorom szczęśliwe. Wziął w pracy tydzień urlopu i zaplanował budowę domku na drzewie dla własnych dzieci, uważając, że tym sposobem spełni jedno z ich marzeń. Problem pojawił się wówczas, gdy okazało się, że pod ich domem nie rośnie żadne drzewo. Tata nie przejął się tym jednak zbyt mocno, postanowił, że zbuduje domek na krzaku, bo taki rósł nieopodal. Ostatecznie przy budowaniu domku pomógł mu pan Zygmunt, ponieważ tata nie nadawał się do tego typu prac, o czym mowa już była w pierwszej części.
Kajtek i jego przyjaciele wyjechali, pomimo obaw każdej z mam, na obóz przetrwania. Co prawda nie było tam tak, jak sobie wyobrażali, ale nauczyli się wielu pożytecznych rzeczy, w tym wiązania supełków na różne sposoby, jak też budowania tratwy. Kajtek poznał też nowy rodzaj zmęczenia, który był całkiem przyjemny.
„Wakacje Kajtka” to książeczka, którą można czytać nawet bez znajomości „Zeszytu z aniołami”. Pozwala naszym dzieciom doskonale się bawić, ale uczy też wartości ponadczasowych, uniwersalnych. Młody czytelnik świetnie odnajduje się w rzeczywistości wykreowanej przez autorkę, utożsamia z rewelacyjnie przez nią stworzonymi bohaterami, przeżywając wraz z nimi niesamowite przygody. To lektura idealna dla nastoletniego odbiorcy, pobudzająca wyobraźnię i pozwalająca na samodzielne myślenie. Dziecko dzięki niej staje się bardziej otwarte, odważne i pozytywnie nastawione do świata. Przyjaźń, jaka narodziła się między Kajtkiem i jego kompanami jest niezwykła i ciekawie opisana. Relacje panujące w rodzinie chłopca również warte są naśladowania.
Nasz mały bohater marzy o tym, by zostać poczytnym i popularnym pisarzem, czy uda mu się spełnić to marzenie? I czy to prawda, że jest zakochany? Jak zakończy się jego przygoda z zajęciami tanecznymi? Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedź w najnowszej publikacji Moniki Madejek. Nie ma mowy, by ktoś nie obdarzył Kajtka sympatią, bo to naprawdę niebanalny chłopiec, z głową pełną wspaniałych pomysłów. Nie boi się żadnych wyzwań, a jeżeli czegoś nie potrafi, stara się z całych sił ćwiczyć, by osiągnąć upragniony rezultat. Uważam, że warto zapoznać nasze dzieci z tą historią, ponieważ dzięki niej nawet ten, kto nie przepada za czytaniem książek, może się do tego zajęcia przekonać i pokochać je całym sercem. Doskonała zabawa gwarantowana. Polecam ciepłą, dowcipną opowieść z sympatycznymi postaciami wszystkim, bez względu na wiek, bo i ja, dorosła przecież osoba, przeczytałam ją z radością.

Całości dopełniają smakowicie zapowiadające się przepisy kulinarne, które z pewnością wypróbuję we własnej kuchni. Smacznego!

wtorek, 3 listopada 2015

Już za chwileczkę, już za momencik :)

Niecały tydzień został do premiery, a ja już siedzę jak na szpilkach :) 
Po pierwsze nie mogę się odczekać, kiedy ją przytulę, powącham i zakręcę z nią pirueta!
Po drugie jestem ciekawa Was. Ciekawa Waszych wrażeń, Waszych opinii, Waszych emocji w momencie, gdy wejdziecie lub wejdziecie ponownie do świata Kajtka. Jak Wam tam jest, co czujecie. Chciałabym mieć możliwość patrzenia, jak czytacie :) Marzy mi się taka wielka ściana z mnóstwem monitorów, a na każdym z nich mali i duzi Czytelnicy zanurzeni w świat, który powstał we mnie :) Wiem, jestem zakręcona ;)

Więc już za chwileczkę, już za momencik :)
Miłego dnia!


środa, 21 października 2015

Premiera "Wakacji Kajtka"

Witajcie Kochani :)
Troszkę mnie nie było. Dużo działo się ostatnio, bardzo dużo. Ważne, że dobrych rzeczy i że jeszcze ku lepszym wszystko zmierza.
Jesień za oknem. Nie ma jeszcze południa, a ja siedzę przy biurku i podświetlam klawiaturę lampką. Dzień, nie dzień. Tafla szyb upstrokacona kroplami deszczu. Przede mną spacer na targ - odwlekam i odwlekam. Nastawiłam pranie, zupę, podlałam kwiaty, wypucowałam lustra. Moja poranna energia nie pomaga jednak naturze, więc czas się z nią zmierzyć.
Za chwilkę rozłożę parasol, ale dam jeszcze odrobinkę czasu tej ponurej pogodzie - a nuż się namyśli? - i zaproszę Was na premierę drugiej części "Zeszytu z aniołami". 2-giego listopada książka świeża i pachnąca niczym bułeczki wyjedzie z drukarni. W Zaduszki :) Tak sobie myślę, że to dobry dzień, bo kiedy, jak nie wtedy, najbardziej czujemy obecność naszych najbliższych Aniołów? Dobry znak!
W księgarniach znajdziecie ją tydzień później, w poniedziałkowy poranek 9-ego listopada, a niecierpliwych zapraszam na przedsprzedaż w Matrasie.

Rozkładam mój fioletowy parasol w kropki i lecę na przekór naturze:) Miłego dnia!

Ps. A tak między nami: ja wciąż nie wierzę, że to się dzieje naprawdę :)


Ciepła, rodzinna opowieść o tym, jak dorośli i dzieci mogą spełniać swoje marzenia.

Wakacyjne przygody Kajtka i jego przyjaciół, znanych z książki „Zeszyt z aniołami”.
Rozpoczęły się wakacje. Dla trójki przyjaciół to czas, w którym nie ma miejsca na nudę. Kajtek, wiedziony niezrozumiałą siłą, trafia na kurs tańca. Łatwo nie jest, ale jak zawsze może liczyć na babcię. Spokój Adasia burzy wizyta cioci Matyldy ze stadkiem kotów, które mają dziwne upodobania smakowe. Beti jak zwykle rozpiera energia. Jej kurs karate nie wróży dobrze chłopakom z miasteczka.
Niespodziewany wyjazd całej trójki na obóz przetrwania przynosi mnóstwo wrażeń. Kajtek opowiada o tym w kolejnym pamiętniku. Dzięki przepisom kulinarnym zamieszczonym na końcu książki, możemy raczyć się smakołykami razem z bohaterami.

„Monika Madejek po raz drugi pozwala nam zajrzeć do nietuzinkowego i zabawnego świata rezolutnego chłopca o imieniu Kajtek. Na kartach  pamiętnika opowiedział nam o swoich pełnych przygód wakacjach.
Polecam ciepłą i dowcipną powieść dla wszystkich bez względu na wiek.”
Anna Grzyb, pisarka, autorka bloga www.asymaka.blogspot.com

sobota, 7 marca 2015

Dolce far niente

Coś mi się zdaje, że zaklęłam trzynastkę na dobre. Od kilku lat to robię, większość robi się sama. Wokół mnie ich coraz więcej i wszystkie szczęśliwe. Dziś kolejny dowód: trzynaście słodkich godzin ciągłego snu. Oj, uzbierało się zaległości! Wczoraj spojrzałam na zegarek, przyłożyłam głowę do poduszki i więcej grzechów nie pamiętam. Obudziłam się dokładnie trzynaście godzin później. Trzynaście godzin w punkt.

Ostatnie tygodnie były zapracowane, ostatnie dni dziwne. Zalałam kilkugodzinny efekt pracy farbą, podpaliłam lalkę, wsadziłam konia do filiżanki z kawą, zaparzyłam pieprz, przyjęłam kuriera w środku dnia w ręczniku i z twarzą wyglądającą, jakbym miała za chwilę wejść na plan sensacyjnego filmu klasy C. Nie pytajcie. Odbyłam pierwszą w swoim życiu służbową rozmowę nago w łazience. Nie pytajcie. Przez telefon i z dobrym rezultatem - to na wypadek, gdyby Wasze myśli zamierzały pobiec w niewłaściwym kierunku.
Byłam w ciągłym, codziennym, wielogodzinnym biegu. Powinnam być zmęczona, bo miałam po czym, ale we mnie tyle energii! Może więc w ten dziwny sposób objawiło się moje zmęczenie. Może to sygnał tam z góry: dbaj o siebie. Uważaj na siebie. A przy okazji na lalki, konie i słabe serce bogu ducha winnych kurierów.
Pędzel też w te dni mi nie pomagał. Miał jakiś przypływ wiosennej energii. Co rano nie mógł się doczekać, aż wstanę. Wymyślał coraz to nowe metody budzenia. Żucie folii, przebiegnięcia, baranki z rozbiegu - jego czoło w moje czoło, aż echo się niosło. Był poranek, gdy skopał mi włosy. Nie pytajcie. Fryzjer od siedmiu boleści.

Dziś to inna bajka. Szczęśliwa trzynastka, szczęśliwa ja. Wyspana i wciąż uśmiechnięta po wczorajszym dniu w Bychawie i Starej Wsi. Moja pierwsza podróż w te miejsca i jeszcze zanim stamtąd wyjechałam, już chciałam wrócić. Są takie miejsca, że gdy człowiek się w nich znajdzie żałuje, że nie spakował swoich manatków, by tam zostać. A wszystkiemu winni ludzie - pojawiają się ot tak i nagle nie chcesz się z nimi rozstawać.
Ale wrócę tam. Wrócę za półtora tygodnia. I potem znów i znów. Lubię niespodzianki losu.
Dziś mam pierwszy wolny dzień od dłuższego czasu. Jako szefowa sobie sama zarządziłam:) Schowałam maszynę do szycia do szafy, by nie kłuła w oczy, zamknęłam notes z zamówieniami i listą rzeczy do zrobienia, wsunęłam między książki i udaję, że nie istnieje. Zdjęcie powyżej? To ta chwila w tym momencie. Może filiżanka nie jest już tak pełna, ale to mój dzień. Piszę, popijam leniwie kawę z nowej filiżanki - namacalnego dowodu moich wczorajszych wojaży. Ta kawa smakuje jak cały wczorajszy dzień: znakomicie!
Ciasteczko. Efekt odreagowania po zepsutej pralce. Zapomniałam dodać ten niewielki szczegół do dziwnych dni. Troszkę krzątaniny w kuchni, ciepło z piekarnika, zapach, smak i można nie myśleć o tym, że przez jakiś czas pożyję jak w czasach średniowiecza. Przepis niebawem wrzucę na bloga. Muszę go najpierw ogarnąć, bo ciasteczka są efektem wrzucania, dodawania, mieszania-podliczę, przepiszę, wrzucę.

Miłego dnia Wam życzę. I uważajcie na siebie. Na lalki, konie itd.