wtorek, 2 lutego 2010

Ksiądz w dom


Ksiądz wszedł dziarskim krokiem. Odmówił modlitwę, zamoczył kropidło w święconej wodzie i począł kropić na wszystkie strony. Nie wiedział jednak, że w okrapywaną komodę i stojące na niej kosze wiklinowe wtopił się Pędzel. Zerwał się na cztery łapy (kot, nie ksiądz), postawił irokeza i zasyczał tak, że nie jedna kobra padłaby z wrażenia. Gdyby ksiądz miał podobne zdolności, z pewnością też uraczyłby ten dom irokezem. Struchlał na chwilę, potem zreflektował się, usiadł i zaczęliśmy rozmowę.  
Co roku inny ksiądz przychodzi z wizytą duszpasterską. Ksiądz ów również był pierwszy raz w moim domu, ale wiedział o mnie bardzo dużo. Jednym słowem: mam teczkę. Nie miałam miejsca, by poupychać anioły i króliki, więc tylko poukładałam je w zgrabne kupeczki. Ksiądz jednak okazał się miłośnikiem rękodzieła i z uśmiechem zachęcał, bym mu pokazała kolejnego anioła i kolejnego. Dopytywał, skąd pomysły, skąd materiały, skąd miłośnicy tego, co robię na co dzień.
Rozmowa była naprawdę miła. Byłaby, gdyby nie Pędzel. Wspominałam kiedyś, że Pędzel ma skłonności do gadulstwa. Tak na swój sposób, takie kocie skrzeczenie. Po szoku skropienia otrząsł się szybko i potem paszcza mu się nie zamykała. Ksiądz rozmawiał ze mną, jednym okiem patrząc prosto w moje oczy, drugim zerkał ze zdumieniem na zwierzę. Jeśli najbliższa wizyta u okulisty zakończy się diagnozą "zez", to będę miała księdza na sumieniu.
Wizyta dobiegła końca, ksiądz wstał. Pędzel od razu skojarzył stojącego księdza  z kropidłem, więc ponownie odstawił scenkę z irokezem i syknięciem. Ksiądz przełknął ślinę i powiedział: "Kotek też wygląda jak rękodzieło". Do tej pory zastanawiam się, co mógł mieć na myśli.
Ja w ogóle nie mam szczęścia do wizyt duszpasterskich. Zawsze jest coś, co mnie rozprasza. Gdy Pędzel był mały, pewnego roku ksiądz chodził w sobotę. Był słoneczny ranek, przez okno wpadały promienie na całego. Ksiądz miał połyskującą brokatem stułę, która w zderzeniu ze słońcem połyskiwała pięknie. Rozmawialiśmy sobie miło, gdy kątem oka zauważyłam niezdrowe zainteresowanie stułą Pędzla. Przycupnął sobie w kąciku, zrobił wielkie oczy i gdy zaczął kręcić kuperkiem osadzonym na zgiętych łapkach, wiedziałam, że zbliża się nieszczęście. Długo nie trzeba było czekać. Pędzel odbił się od podłogi i w rozbiegu przebiegł po księdzu. My to nazywamy robieniem matrixa, czyli bieg po ścianie. Tym razem po księdzu.
W innym roku coś innego zaburzyło wizytę. W tamtym roku pracowałam na pełnych obrotach. Wstałam rano, śniadanie dla mnie i Syna. Syn zaopatrzony w kanapki poszedł do szkoły. Szybkie mycie naczyń, równie szybki prysznic i przystosowanie do wyjścia w cywilizowany świat. Zostały mi jeszcze dwie minutki, a dzień zapowiadał się deszczowy, więc ściągnęłam pranie z balkonu, rzuciłam na fotel i wybiegłam z domu. Po powrocie szybko przebrałam się na sportowo, włosy spięłam byle jak i zabrałam się za obiad. Zjedliśmy, Syn dojadł chipsami, po których opakowanie rzucił na stoliczku w pokoju obok szklanki po niedopitej coli i fotela z górą prania. A ja oklapłam. Właśnie wychodziłam z kuchni, by na chwilkę sobie usiąść zanim zabiorę się za obowiązki kury domowej, gdy ktoś zapukał do drzwi.
Otworzyłam i zobaczyłam księdza.
-O Jezu!-wyrwało mi się, bo na śmierć zapomniałam o tej wizycie.
-To ja pójdę najpierw do sąsiadów na górze, a schodząc zajrzę do pani-zreflektował się ksiądz.
Zamknęłam drzwi i rozpoczęła się akcja. Ściągnęłam z siebie domowe ubranie i narzuciłam coś, co nie wymagało prasowania. Rozpuściłam włosy i szybko przeczesałam. Wpadłam do kuchni, zwinęłam ze stołu talerze, wyjęłam garnki ze zlewu i wsunęłam wszystko do piekarnika. Potem pokój: zgarnęłam kupkę prania, otworzyłam pokój Syna, wrzuciłam jak popadło i zamknęłam drzwi na cztery spusty. Szklankę po coli i torebkę po chipsach wepchnęłam do barku. Szybko wyciągnęłam kropidło, krzyżyk, wodę święconą, zapaliłam świeczkę i wtedy rozległo się ponownie pukanie do drzwi.
Byłoby miło, gdybym w pewnym momencie nie zauważyła, że z oparcia fotela, na którym spoczął ksiądz, zwisa czerwony biustonosz.
Resztę wizyty zakłócały moje telepatyczne myśli: "Nie odwracaj się, proszę, nie rób tego. Wiem, że mnie słyszysz".
Co roku inny ksiądz. Tak sobie pomyślałam, że żaden nie chce już do mnie po raz drugi zawitać. Ale wczoraj została mi podsunięta inna teoria: podczas przydzielania bloków słychać głosy: "Ty już tam byłeś, teraz moja kolej. Ja też chcę". No tak, któż nie chciałby zobaczyć domu wariatów?
Tak czy owak, jeśli zapas księży w mojej parafii się skończy, księża będą ciągnąć zapałki.

7 komentarzy:

  1. O, jak się uśmiałam! Matrix na księdzu musiał byc widowiskowy. Pędzel jest mistrzem:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Monia, księdze mają kadencje zdaje się 3-4 letnie... więc może się jaki wymieni na nowszy model i znów będziesz miała świeżą krew w domu:)
    A swoją drogą też się uśmiałam, bo się mi przypomniała nasza wizyta duszpasterska... może też o niej co skrobnę:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak wyobraziłem sobie księdza i czerwony biustonosz to prawie się posikałem ze śmiechu :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Monisiu świetna coroczna przygoda i to za każdym razem inna obsada - ale ubawiłam się setnie. Wspaniale piszesz a niektóre sytuacje tak zabawne, że może to pisać tylko życie.Pędzel niesamowity i nie przewidywalny - oczywiście dla obcych w domu :)Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. No uśmiałam się w głos:)

    OdpowiedzUsuń
  6. hahahahahah!!!! :D
    To byś nie była Ty, gdyby coś się nie wydarzyło ;)

    No i przynajmniej masz potem co wspominać ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam czytać te Twoje historie!! Ta ubawiła mnie do łez :)
    Pozdrawiam cieplutko Ciebie i Pędzelka :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawione słówka:)