piątek, 29 stycznia 2010

Goście Beethovena


Pięknie dziś było. Muszę powiedzieć, że poczułam się rozpieszczona. Pierzynka śniegu i słońce.
A wczoraj, wczoraj to inna historia. Jak co dzień  wysypałam na balkonie kolejną porcję chleba. Gołębie zleciały się na trzy-cztery. Zawsze tak robią. Pełna kultura, spokój, delektowanie się. Balsam na duszę.
O nieproszonych gościach niewiele wiem. Ale gołębie owszem. Zleciały się wrony. Oczęta rozbiegane, pióra niedomyte, kultury za grosz. Gołębie popatrzyły po sobie i główkami dumnie uniesionymi bez słowa odleciały.
Czarni bracia sprawiali wrażenie, jakby miotali się  ze sobą w środku. A z pewnością między sobą, jakby chleba miało zabraknąć. I z wiatrem, który sprawiał, że śnieg padał poziomo. Istny Star Trek.
Czegoś mi zabrakło po odlocie gołębi. Tego spokoju. Gołębiego.
Włączyłam dziewiątą symfonię Beethovena i spoiłam dźwięk z obrazem.

2 komentarze:

  1. Gołębie są dostojne i w gromadce skore do ustępstw. Wrony - to są dopiero czarne charaktery! Upierzenie czarne i w duszy czarno, zadziorno i krzykliwie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za pozostawione słówka:)