środa, 27 kwietnia 2011

Święta, święta i na szczęście po świętach

...bo moje do najlepszych nie należały.
A zaczęło się od ptaka.
Legenda głosi, że gdy ptaszek na człeka narobi, szczęście niezaprzeczalne go czeka. Leci sobie takie pierzaste i coś o przyszłości człowieka wie. A że mówić toto nie potrafi, obwieszcza to istocie uprzywilejowanej na swój sposób. No i mnie dzień przed świętami obwieścił. Tworem ptasiej przemiany materii.
Z ręki starłam szybciutko, ale miałam wrażenie, że o głowę zahaczyło. Zapytałam mijającej mnie pani, jak sytuacja wygląda-stwierdziła, że wszystko w porządku i poleciła wizytę w kolekturze. Może gdybym poszła i skreśliła kilka numerów, fortuna by się do mnie uśmiechnęła, ale to był krótki spacer wieczorem, do kolektury daleko, a w piekarniku zostawiłam piekący się chleb.
Może tak być, że ptak nie jest posłańcem dobrych wieści, że nie wie, kogo szczęście czeka, ale ma za zadanie wybranie kandydata do szczęścia. Jeśli tak, to albo za szybko starłam spadającą z nieba wskazówkę i nie zostało to odnotowane, albo to był zwykły złośliwy ptak. A może ptak z poczuciem humoru.
Nasuwa mi się jeszcze jedno "może"-może prosty miejski ptaszek miał problem z żołądkiem i prosta miejsca dziewczyna napatoczyła się na linii bombardowania. Ale jak byśmy tak rozumowali, życie było by pozbawione magii.
W każdym bądź razie owo legendarne szczęście w moim przypadku zamieniło się w nieszczęście. Nawet dwa-przynajmniej chodzenie parami się sprawdziło. W sobotę pojechałam do rodzinnego domu. W domu czekała Mama zdenerwowana, że kanapki zrobiła, a potomek mój gdzieś lata od rana i nawet śniadania nie zjadł. Potomek pojawił się po południu. W gipsie i z tekstem "spsułem się". Jechał motorem, gdy z bocznej drogi samochodem wyjechała kobieta nie rozejrzawszy się na boki. Miał trzy wyjścia: uderzyć w nią, ominąć i mieć czołowe zderzenie z samochodem jadącym z naprzeciwka lub wjechanie do rowu. Wybrał trzecią opcję. Przekoziołkował kilka razy z motorem, potem sam. Efekt to złamany obojczyk, podrapane przedramię, skaleczona ręka, pęknięty kask i dwa wgłębienia w baku motoru w kształcie pośladków.
Pani przyspieszyła i zniknęła, pan z samochodu jadącego z naprzeciwka nie zatrzymał się, tak jak kilka jadących później samochodów. Znieczulica! I jak tu wierzyć w ludzi? Jak wierzyć w ptaki?
Zadzwonił po kolegów, zorganizowali samochód, zawieźli go na pogotowie. Tam też ciekawie. Posadzili Syna w poczekalni i poszli do dyżurki powiadomić, że przywieźli chłopaka z wypadku. Państwo w fartuchach właśnie spożywali posiłek i popijali herbatkę, więc powiedzieli, że za chwilkę. Rozumiem, że to tylko złamanie, ale oni nawet nie wyjrzeli, by zobaczyć, w jakim jest stanie. Gdyby krwawił, to by się wykrwawił. Gdy minęło pół godziny i nikt nie przychodził, jeden z kolegów nie wytrzymał, poszedł do nich i zrobił awanturę. Ale i po niej minęło 10 minut zanim ktoś się pojawił. 
Dlatego nie oglądam "Na dobre i na złe". Wolę dobre science fiction, choć w obu przypadkach to niezła ściema.
Komplet do nieszczęścia przytrafił się mi. Niby wiem, że zanim otworzy się puszkę z ugotowanym mlekiem skondensowanym, należy pozwolić jej wystygnąć. Ale przed świętami chce się szybko skończyć przygotowania i zacząć świętować. I tak oto gorące mleko znalazło się na mojej twarzy. 
Przeszukałyśmy z Mamą wszelkie tubki w domu, nie znalazłyśmy żadnej maści, jedynie fornit przeciwkurzowy do mebli, więc zaprzyjaźniłam się z liśćmi aloesu. Dziś już większość strupków odpadła, pozostał jeden największy pomiędzy oczami. Wyglądam pesymistycznie jak ofiara przemocy, optymistycznie jak hinduska księżniczka.
I takie to miałam święta.

środa, 20 kwietnia 2011

Wiosny cd.

Uwielbiam poranki, gdy tuż po przebudzeniu pierwszą czynnością jest otworzenie drzwi balkonowych i wpuszczenie zapachów wiosny. I świergolenia. Krakania też od czasu do czasu, ale jakby rzadziej ostatnio. Czyżby wrony odlatywały do Wronolandii na lato? A może te miejscowe nie dogadywały się ze szpakami, które wybudowały gniazdko nad balkonem sąsiadów i postanowiły się wyprowadzić? A szpaki trafiły się przyjazne, bo podobno wystarczy wyjść na balkon o brzasku i powiedzieć „Och, dałybyście spokój”, by zamilkły pozwalając jeszcze troszkę pospać sąsiadom.
Omlet ze szczypiorkiem i bazylią na śniadanie, posypany rzeżuchą, skonsumowany z dosypiającym na kolanach kotem. Ostatnio dodaję bazylię do czego się da, bo-będę brutalna-chcę ją wykończyć. Od zeszłego roku już gdzieniegdzie zdrewniała i żadne podszczypywanie nie pobudza jej do życia. Pyszne robienie miejsca na kiełkujące nowe bazyliowe nasionka.
Świeży, pyszny, pachnący wiosenny dzień. Dzień, w którym wszystko się chce i w którym cukier rozsypany na kuchenkę powoduje uśmiech zamiast wyuczonego przez kilka ostatnich dni przy zleceniu specjalnym i zupełnie dla mnie nowym zwyczajowego „psia kostka”. Kasi dziękuję za podsunięcie delikatnej wersji w trosce o psychikę Pędzla. Swoją drogą dobrze, że zbliża się Wielkanoc, nie Boże Narodzenie, bo w gadającą Wigilię kot z pewnością narobiłby mi wstydu, gdyby tym wszystkim przy stole świątecznym zajechał. Może do grudnia zapomni.
Na pierwszy ogień poszła reszta mytych tej wiosny na raty okien. Takie proste zaproszenie słońca do domu. Myjąc czekałam na znajome okrzyki listonosza „poczta!”. A czasem „poczta! poczta!” przy domofonach, gdy w mieszkaniach, gdzie są młodzi i pracujący nikogo nie ma i trzeba dzwonić do osób starszych. Czekam dziś na przesyłkę z niecierpliwością, by zabrać się za robienie tego, co lubię. W oczekiwaniu prysznic dla kwiatów.
Biegnę dalej, póki mi się chce-że zacytuję Sąsiadkę.
Miłego dnia:)

niedziela, 3 kwietnia 2011

Wiosna

Dwa nieszczęścia się dziś wydarzyły. Para, czyli zgodnie z tym, że one tak chodzą. Nieszczęścia kobiety szyjącej. Spaliło się żelazko i skończyła biała nitka. 
Nie ma tego złego, bo z czystym sumieniem inaczej spędziłam połowę dnia. Wybrałam się na spacer. I wygląda na to, że spotkałam Pesymistę.
Szłam sobie kroczek za kroczkiem, jak to na spacerze. Pesymista stał na środku chodnika . Poprawka: chwiał się na środku chodnika. Z pełną wirtuozerią muszę przyznać, bo biorąc pod uwagę średnicę odchyłów, zajmował spory kawałek owego chodnika, natomiast stopy pozostawały na swoim miejscu. W dłoni dzierżył butelkę do połowy wypełnioną piwem. Choć chyba właściwsze Pesymistom byłoby: butelkę piwa w połowie pustą. Pesymista prowadził monolog:
- I tak zawsze kończy się w piachu. Baju baju do piachu. Nie, zaraz. Baju baju do raju-tu nastąpił najbardziej radosny śmiech, jaki ostatnio słyszałam. Chwilę potem Pesymista ciągnłą swój dialog:
- Baju baju do raju, baju baju do piachu, baju baju do raju, baju baju do piachu. No tak, zawsze w końcu do piachu.
Konkluzji tych wywodów już nie usłyszałam, bo minęłam Pesymistę na tyle, że głos zaczął się rozmywać. Mam nadzieję, że dopił piwo - zdecydowanie kolejne - do końca i jednak trafił do raju. Bo wiosna przecież!
Słońce dało dziś czadu.
Rano podlana po raz pierwszy po zimie winorośl wieczorem odwdzięczyła się pączkami. Nasiona ziół i pnączy pachnących w szufladzie czekają na zaplanowanie balkonu. Pelargonia przyniesiona z klatki schodowej, przycięta i ukorzeniona. A Pędzel zjadł dziś pierwszą wiosenną muchę i dłuuugo się oblizywał.
Wiosna.
Jak w Berlinie upada mur i pojawia się świat!

środa, 23 marca 2011

W sam raz

Ostatnio odkryłam Tomasza Jastruna. Zaczytuję się jego felietonami i wciąż nie mam dość. Bo gdy go czytam, mam wrażenie, że chwilę wcześniej napisał to, co-gdyby tę chwilkę zaczekał-ja bym napisała. Fascynują mnie ludzie, którzy czytają we mnie.
W jednym z felietonów napisał, że sztuka życia to dbać o "w sam raz". Że to "w sam raz" to rzadkie, kruche i wymagające zwierze. Żywi się umiarem, źle znosi hałas, stres i pokusy i że jest bliskie wyginięcia.
Postanowiłam zawalczyć z przeznaczeniem. Z przeznaczeniem w-sam-raza.
Wiele ostatnich dni spędziłam na szyciu królików. Nadal mam co szyć, ale dla równowagi dziś rozrobiłam masę i ze stworzeń uszatych przerzuciłam się na skrzydlate. Szyjąc pod presją króliczego terminu, jedynie odkurzałam, podlewałam kwiaty i karmiłam kota. Pędzel pewnie by się obraził, że stawiam go w jednym rządku z obowiązkami domowymi, ale na szczęście kuleje w czytaniu, więc jestem kryta. Ścieranie kurzy na wysokości wzroku, wpychanie ubrań do szafki i szybkie zamykanie, by nie zaatakowała, pakowanie zakupów do szafek kuchennych zamiast przesypywanie ich w pojemniki z przeznaczeniem (przy okazji: gdyby ktoś do mnie zabłądził, cukier trzymam w pojemniku z napisem "ryż"). Znacie to? Ja właśnie poznałam. W-sam-raz zainspirowało mnie do porządków. Może nie idealnych, ale powyżej wzroku się załapało.
I odmiana spontaniczna mi się trafiła. Zaklęta księżniczka-krawcownica w wieży z maszyną w strategicznym miejscu została nawiedzona przez człowieka. Kasia przyjechała. Kasia-w odróżnieniu od szmacianych królików i zafutrzonego Pędzla-potrafi mówić, więc wpasowała się w-sam-raz jak mało kto. I tylko wyrzut mam mały, bo zrobiłam pyszne batoniki i zapomniałam się nimi podzielić. Nadrobię przy następnym nawiedzeniu.
I tak za ciosem idąc, postanowiłam zgrzeszyć. Ostatni posiłek jadam przed dziewiętnastą. A dziś pakując się do łóżka z laptopem napełniłam sobie miseczkę płatkami kukurydzianymi i postawiłam obok poduszki. Wiem, wiem-grzeszyć to ja nie potrafię. Ale i tak zgrzeszyć się nie udało. Chwyciłam w dłoń pilota,przeleciałam po kanałach i-jakem wielbicielka kryminałów-zatrzymałam na czymś sensacyjnym. Już łapka w miseczce w corn flakes'em była, gdy na ekranie jakiś tefał-paltolog wyciągał odłamek czegoś z mózgu denata. Odechciało mi się. 
Zresztą i tak z grzechu nic by nie było, bo Pędzel wyluzowaną w-sam-raz współlokatorkę wyczuwszy, wtaranił się na łóżko, kręcił się i kręcił szukając odpowiedniego miejsca, aż znalazł pakując zadek prosto w miseczkę.
Nie nagrzeszyłam, ale czuję się w sam raz.

czwartek, 3 marca 2011

Czerwone jabłuszko

Wstąpiłam do warzywniaka.
- Poproszę sałatę i szczypiorek.
- Proszę bardzo - odpowiedziała pani podając mi zieloności.
- I jeszcze brokuł poproszę - dodałam.
- Proszę bardzo.
- I chętnie wzięłabym jabłka, ale takie na prawdę twarde, kwaśne i soczyste. Ma pani takie?
- Niech pani weźmie z tej przedostatniej skrzynki przy oknie - poleciła pani. - Są na prawdę zajebiste.

Wyszłam ze sklepu szybciutko, bo w środku nie wypadało mi się śmiać. Na chodniku mogłam sobie ulżyć:) I wtedy zadzwoniła Mama.
- Co cię tak śmieszy? - zapytała.
Opowiedziałam Jej treść rozmowy.
- Mój Boże - rzekła. - Tak wygląda świat bez Miodka.

A jabłek wzięłam cztery na spróbowanie. Wrócę tam jutro, bo naprawdę są zajebiste:)

niedziela, 27 lutego 2011

Nie ma tej notki

Myślałam, że ostatnie dni były zabiegane, ale gdy spojrzałam na datę ostatniej notki, dni zmieniły się w tygodnie. Czy to możliwe, że niezauważenie postarzałam się o 24 dni?
Spędzam czas przy maszynie do szycia. Mnie maszyna napędza, Pędzla kołysze. Ma nową pasję: gdy tylko postawię maszynę na wiklinowym stoliku, wskakuje na półeczkę poniżej i zasypia. Taki nowy koci wymiar szczęścia.
Spore zamówienie. Jestem w swoim żywiole i póki tak jest, wszystko w jak najlepszym porządku.
Tylko czy na pewno? 
W piątek poszłam na koncert operetkowy do kawiarni artystycznej. Mała scena, świeczki na stoliczkach, wokół miłośnicy tego, co piękne. Zanim koncert się zaczął, poczułam się zagubiona. Zaczęłam szukać przyczyny. Kawiarenka piękna i przytulna, ludzie uśmiechnięci, zapowiedź uczty dla ucha i serca, cudowne oderwanie-więc o co chodzi?
Zaczął się koncert. Większa część mnie oddała mu wszystkie swoje zmysły, a ta mała drobinka analizowała.
Koncert nie był idealny. Zmieniłabym podkład muzyczny, najlepiej na żywy. Rzuciłabym inne oświetlenie. I wyluzowałabym tenora i sopran w chwilach pomiędzy kolejnymi ariami. Ale co tam! Arie znane serce  razem z artystami śpiewało, nieznane serce chłonęło. I te stroje prosto z desek teatru. I piękny wachlarz. Nieidealna idealność. Świat, który kocham.
Koncert dobiegł końca, włoski na ramionach powoli kładły się na swoje miejsce, emocje powolutku opadały.
I wtedy zrozumiałam. Zrozumiałam, co było nie tak.
Tyle stolików, a na żadnym nie było maszyny do szycia.
Podobno przyznanie się do nałogu to pierwszy krok do wyleczenia. Tylko że ja nie chcę wyzdrowieć. Cóż, pewnie, jak każdy nałogowiec.
Wiecie co? Nie przyznaję się! 
Nie było tej notki.

czwartek, 3 lutego 2011

Przegląd

Co kilka lat spółdzielnia robi przegląd mieszkań. Przepraszam: lokali mieszkalnych. I taki przegląd przypadł dzisiaj.
Zadzwonił dzwonek, otworzyłam drzwi i z impetem wparadował starszy, siwy i duży pan. Zaraz od progu otworzył notatnik, uniósł długopis i oznajmił:
- To ja sobie najpierw pooglądam, pozaznaczam, a potem pani.
- Później ja - głupio powtórzyłam.
- No tak, pani się poskarży.
- Poskarżę.
- Tak, ale potem.
Potem to potem, stanęłam więc z boczku, by nie przeszkadzać i by zasłużyć sobie na to potem.
Pan chodził, oglądał, zaglądał i odfajkowywał kolejne punkty w swoim notatniku. Jak ankieter. Gdy skończył, rzekł:
- To ja tylko pęknięcie w suficie znalazłem. Teraz pani.
- Ja, czyli mam się poskarżyć.
- Tak, co pani dolega.
Tutaj wyobraziłam sobie jego wcześniejszą wizytę u sąsiadki, która nie pytana opowiada o swoich chorobach, dolegliwościach i bolączkach. Pomyślałam sobie, że pani Gienia musiała być uszczęśliwiona słysząc "co pani dolega?"
- Najpierw mi dolega - zaczęłam - kapanie z sufitu, gdy deszcz pada. Tutaj, przy balkonie. Miednicę muszę stawiać.
- Mhm - odparł pan spojrzawszy najpierw na zacieki na suficie, a później na podłogę. Pewnie wyobrażał sobie miednicę. Nic nie zapisał.
- Drugie, co mi dolega, to od dwóch lat zimny kaloryfer w łazience. Niech pan spojrzy, grzyb mi się wkradł od tej wilgoci.
- Mhm - takie niby ze zrozumieniem, ale długopis już miał schowany i notatnik zamknięty.
- I dolega mi jeszcze bzycząca skrzynka elektryczna w przedpokoju - dodałam.
- Od bzykania to ja nie jestem - usłyszałam i już pana nie było.
Stałam chwilę w przedpokoju próbując ogarnąć, co się tu właściwie wydarzyło.
Pan odfajkował, co miał odfajkować. Na dolegliwości lokatorów pewnie już nie było miejsca. Ale może pan ma świetną pamięć. To, że od bzykania on nie jest może świadczy, że myśli o wszystkim innym, nie o TYM. Taki mężczyzna inaczej. To może przyjdą i naprawią.
Czy ja go przypadkiem nie wystraszyłam?!

czwartek, 27 stycznia 2011

Dobre rady

Mówią nam/piszą nam: "Nie róbcie zakupów z pustym żołądkiem". Kto nie sprawdził, niech się przyzna. 
Lista zakupów zrealizowana w 200 (w 300?) procentach. W lodówce przemeblowanie, bo trzeba gdzieś to wszystko zmieścić. Będzie tydzień serowy i tydzień mięsny. Może  kilka dni warzywnych.  Pokrywka chlebaka powinna przestać istnieć, bo po cóż ona skoro się nie domyka. Czyżby producent nie przewidział pączków, drożdżówek i paluszków z makiem? 
Znacie to, przyznajcie się:)
A co powiecie na zakupy po przejedzeniu?
Po obiedzie przepysznym, gdy nastąpił moment, że już nie mogłam nic wcisnąć, ale i się oprzeć,  bo pyszne nie do opisania, więc jednak wcisnęłam, wpadłam po zakupy w drodze do domu. Brzuszek ciążył jak nie pamiętam kiedy, ale ciążyła też wizja pustego chlebaka ze sprawną pokrywką i zawodzące echo w lodówce. 
Serek? Nie, chyba jeszcze są ze dwa plasterki. Chyba. Wędlinka? Ble. Chlebek? Chyba są jeszcze jakieś okruchy tego ryżowego. A może rybka? W życiu!
Ale skoro tu jestem, to saszetki kotu kupię. A skoro saszetki, to i rękawiczki do wymiany żwirku. I zapomniałabym-taśma klejąca się skończyła.
I do domu.
I brzuszkiem do góry, bo inaczej się nie da.
A potem przyszedł czas kolacji. Cokolwiek. Lodówka. Jakaś pustawa. Chlebak. Hmm. Opakowanie po ryżowym chlebku wyrzucone. Musli? Chętnie, ale tak bez mleka, bez jogurtu, tak na sucho?
Odpuściłam. Nie od razu, bo wcześniej pojawiła się myśl o kociej saszetce. Ale-rozumiecie-wolałabym o tym zapomnieć.
:)

piątek, 7 stycznia 2011

Od Hitchock'a do Disney'a

Oglądaliście w Święta telewizję? Znów rozczarowanie. Te wszystkie filmy familijne z Mikołajami, elfami, świętami na Hawajach, no i  "Kevin sam w domu" skończył się tak, jak w zeszłym roku. Bla, bla.
Moje Święta były przerozmawiane z Mamą, a w przerwach skusiłyśmy się na baśń Disney'a (bo w każdej z nas drzemie księżniczka) i na film fantasy z Robertem De Niro (bo De Niro).
Jeśli nie oglądaliście "Zaczarowanej" - tej z Disney'a - to w skrócie: jest Księżniczka, Książę i Macocha. Księżniczka zakochuje się w Księciu, Książę w Księżniczce, a Macocha oczywiście jest zła. Macocha wie, że jeśli Książę poślubi Księżniczkę, o tronie może zapomnieć, więc postanawia pozbyć się Księżniczki przenosząc ją do świata, gdzie nikt nie żyje długo i szczęśliwie i wrzuca ją do studni. Tak się składa, że ten macoszy drugi świat to Nowy Jork, a druga strona studni to jedna z nowojorskich studzienek kanalizacyjnych. 
Jest oczywiście ciąg dalszy historii, ale pozostańmy przy studzience kanalizacyjnej, przy której pracują porządni ludzie (być może zatrudnieni przez nowojorski urząd pracy) i są świadkami przejścia drogi ze świata Disney'a nie tylko Księżniczki, ale też podążającego za nią Księcia, potem ciapowatego wysłannika złej Macochy oraz będącej świadomie po stronie dobra słodkiej wiewiórki.
A teraz zmiana planu: Lublin, biblioteka, sala dla dorosłych.
Przyszłam wymienić książki, porozmawiałam sobie z sympatyczną Panią Jolą i przyszedł czas pożegnania poprzedzony życzeniami na Nowy Rok.
- Czego Pani życzyć? - zapytałam.
- A żeby ten przeciek wreszcie znaleźli - powiedziała Pani Jola.
- Przeciek? - spytałam zdezorientowana, bo w głowie sobie ułożyłam zdrowia, szczęścia, pomyślności.
- A to pani nic nie wie?
- O przecieku nie.
- Dwa lata temu coś zaczęło przeciekać. Nawet nie wiem, gdzie, bo nie powiedzieli. Gdzieś na naszej ulicy. I tak od dwóch lat chodzą, jak nie ma mrozów rozkopują, kują, zamurowują, wyciągają rury, wkładają rury i tak w każdym lokalu na naszej ulicy. U nas znowu byli w zeszłym tygodniu.
- I co?
- I nie znaleźli. Ale nie to najgorsze. Wie pani, co ci z wodociągów zrobili?
- Boję się zapytać - odparłam.
- Nie musi pani i tak powiem, bo aż mnie trzęsie! - Pani Jola była zdecydowanie wzburzona. - Zatrudnili małego starego człowieczka, którego wpuszczają w kanał.
- Wpuszczają w kanał?
- A tak. Wpuszczają, a on idzie tymi kanałami i szuka przecieku. Idzie tak i idzie, aż trafi się studzienka i wtedy na chwile się wychyla. Nawet sobie pani nie wyobraża, jak przestraszył dziewczyny z mięsnego, gdy nagle podniósł klapę.
Oniemiałam. Pani Jola ciągnęła dalej.
- A jak tam utknie? Mówią, że nie utknie, bo nie bez powodu małego zatrudnili. Jak utknie, to podobno ma stukać i oni go znajdą. Małego tak, ale starego zatrudnili! A jak szczur go przestraszy i zawału dostanie? To co wtedy? Na pewno nie zastuka. Gdyby Hitchocock żył, miałby gotowy scenariusz.
- Nie Hitchcock.
- Nie? A kto?
- Disney.
- Disney? Ale jak to?
Opowiedziałam Pani Joli pokrótce "Zaczarowaną". Najpierw słuchała z niedowierzaniem, z niepewnością, w osłupieniu, a potem zaczęła się śmiać. Śmiała się i śmiała i w takim nastroju opuściłam bibliotekę i Panią Jolę  zatopioną w świecie bajek.

niedziela, 2 stycznia 2011

Nowe początki

I mamy Nowy Rok. Niby kolejny dzień życia, ale lubimy początki. Są takie czyste.
Nowych postanowień niewiele. Po co je robić, skoro poprzednie nadal aktualne, ledwie napoczęte lub zupełnie świeże? Z postanowieniami noworocznymi jest trochę jak z grzechami na spowiedzi: mamy stałą listę, którą wyznajemy bez zająknięcia z pamięci, a po odejściu od konfesjonału obrabiamy tę sama listę na zasadzie popełniony-odfajkowany. Lubimy początki, zmiany, ale znane jest bezpieczne:)
Jedno z nowych postanowień noworocznych w trakcie realizacji, zaczęte w ostatnich dniach minionego roku. Bo wydaje mi się, że odkryłam tajemnicę szybko upływającego czasu.
Chleb.
Ten nasz powszedni, ten pieczony w wakacje z Babcią, ten razowy ze sklepu Pani Majewskiej, którego już od lat nie ma, ten z wiecznie chrupiącą skórką i miękkim miąższem, choć nigdy nie widział torebki foliowej.
Takich chlebów już nie ma. 
A co z tajemnicą czasu? To proste.
Bierzemy świeżutki ciepły chlebek z półki sklepowej i w domu wyciągamy tygodniowy gnieciuch. I po każdej takiej drodze do domu jesteśmy tydzień starsi!
Postanowiłam dłużej pobyć młoda, więc nastawiłam swój własny zakwas. Nie pierwszy w życiu, ale pierwszy, który po kilku dniach nadal pięknie pachnie i nie jest zielony. Dokarmiam go szepcząc czule, że jest mi potrzebny, że każdemu należy się w życiu coś więcej niż pleśń i że niech pozwoli mi odzyskać kradzione przez niby-chleb tygodnie. Słucha radośnie bulgocząc. Chyba go oswoiłam:)

Kochani, życzę Wam, aby ten Nowy Rok mijał powoli, z chwilami niekradzionymi a pełnymi dobroci, wartości, uśmiechu i niech zapach chleba uświadamia Wam, jakie to życie jest piękne!

sobota, 11 grudnia 2010

Baterie wyładowane

Troszkę nam się zima rozpuszcza. Dziwna konsystencja pod stopami.
Pierwsza wywrotka za mną i pierwsze zgubione rękawiczki. Pierwsze koty za płoty. I jak znam siebie, nie ostatnie.
Od kilku lat kupuję rękawiczki uniwersalne w kiosku, z popartym faktami przeświadczeniem, że są kilkurazowe. Dziś jednorazowe. Przed wyjściem z domu rozpakowałam je z woreczka, a gdy wysiadałam z autobusu, już ich nie było. Tyle badań naukowcy ze Stanów Zjednoczonych i Kanady przeprowadzają (ostatnio okazało się, że gdy kończymy 19 lat, z każdym rokiem o jeden procent spada nasza zdolność do zakochania się w idealnym partnerze oraz że ponad połowa tyranozaurzych maluchów nie przetrwała z powodu drapieżników), a o badaniach na temat nałogowego, natrętnego wręcz gubienia rękawiczek milczą. 
Tylko parasolki nie gubię, bo zawsze zapominam ją zabrać z domu. Jest piękna, więc po co ryzykować. Tak sobie tłumaczę moje roztargnienie. 
A może ma to podłoże emocjonalne, genetyczne lub nawet epokowe?
Nie czas na rozmyślania, czas na sen. Wyłączam telefon, budzik pozbawiam baterii, czyli wyłączam się, bo baterie mi się wyczerpały. Jutro też jest dzień.
Kolorowych snów:)
Ps. Poproszę o prawdziwą zimę!

czwartek, 25 listopada 2010

Przedświąteczny czas

Czas niedoczas.
Jak co roku przebiłam hipermarkety, w których czas bożonarodzeniowy zaczyna się w momencie wymiany palet ze zniczami na palety z bombkami. Mój przedświąteczny czas miał swoje zaczątki we wrześniu i od tamtego czasu sinusoida pędzi w górę na łeb, na szyję, a ja wraz z nią po raz nie wiadomo który na zamówieniowym Mount Everest.
Załamka? Skądże znowu! W takich momentach dostaję skrzydeł. Od wrześniowego Mikołaja:)
W tym roku zdecydowałam się na stoisko ArtStacji na lubelskim kiermaszu świątecznym. Myślałam, że nie będzie łatwo namówić Artystów, z którymi znamy się tylko ze świata wirtualnego. I co?
O, istoto małej wiary! - chciałoby się krzyknąć.
Gdy przyszły 3 pierwsze paczki, grzecznie poinformowałam pana listonosza, że w niespełna 3 tygodnie przyjdzie mu przynieść co najmniej 40 kolejnych pod ten sam adres. Powiedziałam mu to, bo:
- bardzo go lubię-10%
- niechaj sie nastawi na częsty kontakt z kobietą ubabraną mąką i farbami lub zamiennie z igłą i nitką w garści-10%
- bałam się, że jeśli nie oszaleję lub nie padnę w tym słodkim przedświątecznym szaleństwie, to on mnie udusi-80%.
A tu pan listonosz się ucieszył. A gdyby mnie nie było, to sąsiadom zostawi, bym biegać na pocztę nie musiała. A jak nie będzie sąsiadów, to zadzwoni, bo numer mój ma. Skąd? Pewnie z poprzednich świąt wrześniowych.
Dzięki tym wszystkim ludziom i dzięki panu wykonującemu zawód listonosza, moje święta są niezwykłe nie tylko dlatego, że dłuuugie. Po prostu są - nie da się tego wytłumaczyć. A każda paczka zawiera takie niezwykłości, że nie potrafię tego zamienić w słowa.
Zamilknę więc!


niedziela, 14 listopada 2010

Pomocy potrzebuję

Znam adres Świętego Mikołaja. Każdy zna. Wystarczy zostawić list na najbliższej ławeczce i rano już go nie będzie. Mama dostała ten adres od swojej Mamy i przekazała go mi wiele lat temu. Jeśli ktoś nie ma w pobliżu ławeczki, adres można sobie wygooglać.
Tak czy inaczej, czyli z listem czy bez, Mikołaj i tak przyjdzie. A ja potrzebuję adres Czarodzieja Czasu. Jakiegokolwiek. Chyba że jest tylko jeden. Widział ktoś tego Pana? Choć to też o niczym nie świadczy, bo prawdziwego Mikołaja nikt nie widział, a jest.
Może to nie Czarodziej Czasu, a Zaklinacz, Szaman, Wojownik, a może Złodziej? Proszę, adres adresem, ale ja nawet imienia nie znam. Zagubiona nie tylko w czasie.
Czasem zazdroszczę Pędzlowi. Ma dwie ręce (zwane łapami) więcej, więcej włosów, cieplutki kaloryfer do dyspozycji wedle chęci, sen bez zobowiązań, bezgraniczny czar prowadzący prosto do kiziania, zawsze pełną miseczkę, drugą ze słodką śmietanką i własną myszkę do tarmoszenia zrobioną na szydełku przez przyjaciółkę swojej współlokatorki (znaczy mnie). 
Z drugiej strony, gdybym miała dwie łapki więcej, z pewnościę znalazłabym dla nich zastosowanie  i pragnęłabym dwóch kolejnych. Więcej włosów - w sumie gdybym odstawiła depilator, mogłabym zapomnieć o zazdrości. Cieplutki kaloryfer - chyba jednak wolę swoje łóżko z miękkimi podusiami. Sen snem, ale o czym taki kot śni? Wolę sobie przez sen szyć, lepić, znajdować nocnik na plaży, czy nie móc znaleźć ceny na butelce z pastą do podłogi niż śnić kocie niewiadome. I ja nie chrapię. Na pewno nie. Wiedziałabym o tym. Czar jakiś tam mam, a kizianie mam jak najbardziej. Pędzel potrafi się odwdzięczyć. Wiecznie pełna miseczka mogłaby doprowadzić do tragedii, że nie wspomnę o śmietance. A myszka, choćby najpiękniejsza, po co mi ona? Jak nie patrzeć: skoro Pędzel ją ma, to i ja ją mam. Choćby wtedy, gdy mój niewydepilowany lokator po pysznym jedzonku popitym śmietanką śpi na ciepłym kaloryferze pochrapując.
I chyba nie chciałoby mi się lecieć do kuchni na dźwięk otwieranej lodówki z nadzieją, że uda mi się ukraść kawałek szczypiorku (o ile akurat tam jest), pomartretować go żując i wypluwając, by na koniec wepchnąć go pod dywan w przedpokoju.
To ja sobie jednak poradzę z tym brakiem czasu. Dziękuję wszystkim, którzy w trakcie czytania poczuli choć iskierkę litości:)

poniedziałek, 1 listopada 2010

Nazwisko zobowiązuje

Dwa kilometry od mojej rodzinnej miejscowości swój sklep miał pan Żelazny. W sklepie tym można było kupić wszystko, co żelazne, od śrubek, gwoździ, przez narzędzia, aż do rur.
Uważałam, że to słodkie budować przyszłość na czymś, co dostaliśmy od losu - na nazwisku.
Jakiś czas temu, jadąc samochodem, zobaczyłam, że to nie jedyny przypadek na tej planecie:)
A Wy znacie podobne przypadki?
I bliżej

piątek, 29 października 2010

Wspomnienie

Gdy czytałam post Aty (uwielbiam tę Kobietę!) o operze, przypomniało mi się pewne zdarzenie.
Kilka dobrych lat temu pracowałam w Teatrze Muzycznym. Cudowne miejsce! Atmosfera do czystego chłonięcia, muzyka powodująca ciarki, aktorzy niezwykli, magiczni. Marzyłam o tym, by któregoś dnia odważyć się i stanąć w wejściu głównym ze śpiworem w ręku i już nigdy stamtąd nie wychodzić.
Co jeszcze było cudowne, każdy pracownik dostawał podwójną wejściówkę na prapremiery. Nie ważne, że ja wcześniej przeżywałam dużo pra pra wymykając się do łazienki, do której rzadko trafiałam. Cóż mogłam poradzić na to, że wszystkie drogi prowadziły na balkon dla widowni podczas prób? Ważny był ten dzień, który gromadził ludzi tak samo zakochanych w operach i operetkach jak ja, ludzi, którzy zakupili bilety często kilka miesięcy wcześniej i z uśmiechem niedoczekania zaznaczali w kalendarzach ten dzień, ludzi, którzy -  gdyby mogli - pojawiliby się w wejściu głównym ze śpiworami.
"Baron cygański" to była pierwsza operetka w moim życiu. Byłam wtedy świeżo upieczoną uczennicą liceum sztuk plastycznych. Pewnego dnia do mojego pokoju w internacie przybiegło dziewczę oznajmiając, że jest do mnie telefon. Dzwoniła Mama. Następnego dnia jechała ze swoją klasą do Teatru Muzycznego i miała dwa wolne bilety na "Barona cygańskiego". Ktoś zrezygnował i pewnie do tej pory żyje w nieświadomości, że dzięki jego nieobecności urodziła się miłość po grób. Miłość do opery.
Gdy wiele lat później - już w pracy - kończyliśmy dekorować scenę, tworzyć rekwizyty i poprawiać stroje do  "Barona cygańskiego", wspominając ten mój pierwszy raz, postanowiłam powołać do życia nową tradycję i na prapremierę zabrać Syna. Oporów nie było, bo dziecię w pacholęcym jeszcze wieku nie wiedziało, w czym rzecz.
Zasiedliśmy w swoich fotelach, zgasły światła, rozsunęła się kurtyna i przeniosłam się w świat walca wiedeńskiego. No i zupełnie zapomniałam o moim towarzyszu. Do momentu, gdy nachylił się w moją stronę i wyszeptał: "Wiesz Mamo, na suficie jest 172 halogeny". Spojrzałam w górę i oniemiałam. Halogeny były ułożone w ładne rządki, ale wiedząc, że Syn urodził się z nietalentem do tabliczki mnożenia, wniosek nasuwał się sam: liczył każdą z osobna. Biorąc pod uwagę kilka pomyłek i kilkakrotne liczenie od początku - jak nic zeszło mu cały akt.
Podczas pierwszej przerwy odciągnęłam go na boczek i wyjaśniłam, o czym był akt pierwszy oraz co będzie w drugim, a podczas drugiej przerwy co będzie w trzecim. Tak, by nie przeciążać matematycznego umysłu.
Gdy wychodziliśmy po kilku bisach arii finałowej, nadal stały mi wszystkie włoski na ciele, a Syn popadł w zadumę. "Podobało się?" - zapytałam nieśmiało. Odparł: "Teraz wiem jedno: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to nie zawsze chodzi o pieniądze. Czasem o miłość".
Sukces! Dotarło:)
Teraz z biegiem czasu myślę, że wprowadzenie w świat sztuki, mimo obaw, było łatwe. A teraz?
Co ma zrobić matka, której nastoletni Syn wraca z weekendu z kolczykiem w brwi, a na pytanie: "co robisz?" (kiedyś odpowiedziałby: bawię się, rysuję lub oglądam bajkę) odpowiada: "Szukam fajnych tatuaży"?

poniedziałek, 4 października 2010

Właściwie o niczym

Cudownie mieć Mamę, która robi pierogi. Nie takie zwykłe lecz Najlepsze Pierogi Świata. A przywiezienie pierogów po weekendzie połączone z poniedziałkową niechęcią do pichcenia to zestaw doskonały.
Wszystkie pierogi do domu nie dotarły. Mama jest skrupulatna i dokładną ilość pierogów wychodzących poznałam przez telefon. Pierogi przychodzące zostały pomniejszone o sztuk siedem. Śledztwo dowiodło, że na drodze powrotno-poweekendowej Syna stanęło dwóch kolegów, dwa bezdomne koty i on sam. Nie dochodziłam kto ile, bo to miłe było. A na obiad dziś wystarczyło.

Pierogi to też trochę jak nagroda. Medal niemal, bo mi się należy. Byłam dziś bardzo odważna! Spryskałam się spay'em na komary i poszłam po ocieplinę do piwnicy z pchłami. Ociepliny potrzebowałam jak powietrza, bo dotarłam do tej części zamówień, że bez niej ani rusz. Tylko teraz nie wiem, czy pchły w końcu padły po tych wszystkich truciznach wykładanych przez spółdzielnię, czy są tam nadal, tylko trafiłam na najedzone. Czy były tak głupie, że nabrały się na spray na komary? A może pchły odskakują na zimę?
W każdym bądź razie mam czym nadziewać moje króliczki.

Pędzel znów podziębiony. Swoją drogą, jak można się przeziębić spędzając całe dnie na ciepłym kaloryferze? A może to te spacery do miseczki z jedzeniem? Pędzel śpi sobie teraz twardo i chrapie jak prawdziwy mężczyzna. Ja jestem zmęczona, więc pewnie nie zostanę mu dłużna. Żadna pchła, jeśli się tu dostała, tej dźwiękowej kawalkady nie przeżyje. No, chyba że głucha.

czwartek, 23 września 2010

Okienne rewolucje

Od miesiąca tkwię w polskiej prozie kobiecej. Małe zlecenie - duży sprawdzian umiejętności. Zależy mi, więc męczę się z przyjemnością, od czasu do czasu tracąc oddech przygnieciona pojedynczą stroną przemyśleń bohaterek żywcem wyjętych z "Cosmopolitan". I nie mogę się nadziwić, że jakieś dziesięć lat temu marzyłam o tym, by napisać książkę z moją osobistą, przetworzoną na polskie realia Bridget Jones! Gdzieś tam na zakamarku jakiejś głęboko schowanej płyty są nawet jej zaczątki.
Kolejny dowód na to, że ludzie się zmieniają. To pocieszające, że jednak udaje mi się ewaluować. Kierunek nieważny.
I pocieszające, że nasza kobieca proza to nie tylko te głupiutkie kobietki, zakupoholiczki, karierowiczki, liczące kalorie i minuty do spotkania z Bynajmniej Księciem z bajki. Jest sporo dobrych pozycji, do których na pewno wrócę, by przeczytać je na spokojnie.

Ale ja jak zwykle nie o tym chciałam.
Chciałam zacytować Grocholę.

Jeszcze na chwilę odbiję na boczek: odbijanie na boczek miałam zawsze, ale kiedyś rozpisywałam się jak leci, a teraz robię to na początku. Ewaluacja. Nieważne, w którą stronę.

I do rzeczy. Grochola w "Nigdy w życiu!" napisała: "Chciałabym mieć taki charakter, żeby jeśli ktoś mi przyśle kiedyś gówno końskie w paczce, nie krzyknąć z odrazy, tylko się ucieszyć, że konik tu był."
Cóż, to właśnie ja mam ten wymarzony przez Grocholę charakter, ale dziś dobrych stron - a już na pewno radości - znaleźć nie mogłam.
Wymiana okien to nie marzenie, to konieczność. Konieczność niczym marzenie się wreszcie ziściła i po długich oczekiwaniach przyszła wiadomość, że montaż dziś. W piątek obiecałam pojawić się kulinarnie na kiermaszu, w sobotę mam wysłać gotowy tekst, a w poniedziałek czeka mnie wysyłka sporej ilości dziełek, które jeszcze nie powstały.
Plan był taki: w środę od rana piekę ciasteczka na kiermasz, w międzyczasie wynoszę połowę kuchni i kawałek pokoju, by zrobić dojście do okien, wieczorkiem piszę.
Dziś miały być okna, wieczorkiem sprzątanie.
Piątek od rana pisanie z przerwami na kolejne wyrabianie chlebów na kiermasz, po południu sam miły kiermasz.
Sobota i niedziela artystyczna w blasku bez przeszkód przedzierającego się przez nowe okna światła.
Proste i zwarte, prawda?
A tu gówno końskie w paczce!
Okna są, a jakże. Są wszędzie. W kuchni, w pokoju, w przedpokoju nawet. Tyle że stoją na podłodze. 
Nie dało się inaczej, bo Pan Montujący tuż po wniesieniu okien na drugie piętro dostał telefon ze szkoły, że synek spadł z drabinki na w-fie i się połamał. No przecież nie mogłam mu zabronić jechać. Biedny dzieciaczek.
I tak mi się wszystko poprzestawiało. Już wczoraj był poślizg, bo okazało się, że w szafkach mieszczą się niesamowite do opisanie ilości rzeczy, których przeniesienie i przy okazji posegregowanie zajmuje czas nie proporcjonalny do mojego optymizmu. I to nie wynoszenie kuchennych cudów a ciasteczka stały się międzyczasem z miernym skutkiem. I z pisania nici, bo padłam bez mycia.
Dziś balansując między oknami w częściach, po niemałych poszukiwaniach mąki, cukru i przypraw, skończyłam piec ciasteczka, jeden chleb zagniotłam siedząc w pokoju na podłodze, drugim chlebem zajęła się maszynka - też na podłodze, ale w pokoju Syna. Na obiad była smażona  na cudem odnalezionym oleju kiełbasa. A jutro ciąg dalszy armagedonu. Optymizm schowałam do kieszeni i w sobotę widzę sprzątanko bynajmniej nie artystyczne. A teraz sobie piszę, aż padnę.
Dobranoc:)

piątek, 17 września 2010

Jesiennie

Żyję i mam się dobrze.
To tylko ten niedoczas.
Po wakacjach do codzienności dołączył rok szkolny, teraz dołączyła jesień z wszystkimi swoimi cudownościami. Pół skrzynki węgierek przerobiona na powidła (jakże one pachną!), drugie pół czeka w kolejce. Tuż przed skrzynką jabłek i workiem papryki od Sąsiada. I tylko jest jeden problem: słoiki w piwnicy. Niby nie problem, prawda? A jeśli dodam, że oprócz słoików w piwnicy są tam armie pcheł? Tego lata koty na naszym osiedlu okazały się bardziej płodne niż zazwyczaj. No, ale to nie było zwykłe lato. Może ten śródziemnomorski klimat miał wpływ na futrzaki. I na pchły.
Niby spółdzielnia truła, ale kto tam pójdzie, by sprawdzić, czy skutecznie? Ja raz byłam, bo nie wierzyłam. Zobaczyłam, uwierzyłam i końmi mnie tam nie zaciągniecie. Syn też się nie da wkręcić, bo za dużo wie. Sąsiedzi w niewiedzy, bo każdy czeka, że może ten drugi. Żeby chociaż jakiś wróg do wrót mego domu zapukał. Ale wrogów też posucha.
Wykorzystam to, co w domu, a potem najwyżej będę sępić u znajomych.

Dziś śnił mi się koszmar. Ja z niewydepilowanymi nogami w zacnym towarzystwie. Zwierzyłam się i oberwałam od Syna za całą płeć piękną, że niby to jesteśmy dziwne.
-Może bywamy?-spróbowałam.
-Zdecydowanie jesteście-usłyszałam.
Nie dyskutowałam. Przed siódmą trudno o argumenty.

A to moje jabłuszka w dzisiejszy poranek po deszczowej nocy.

sobota, 28 sierpnia 2010

Wieczór w Anglii

Wczoraj o mały włos głowy mi nie urwało. Tak wiało!
Od tego kataklizmu uchronił mnie jedynie fakt, że nie wybierałam się na dwór, bo dochodziła 23-cia i właśnie pakowałam się do łóżka z laptopem po długiej gorącej kąpieli.
Jesień się zbliża jak nic. A pogoda nas trochę porozpieszczała, nie mając na względzie tego, że ludzie są skłonni do przeżywania szoków. Zanim zaczną grzać, znów przyjdzie śnić kolorowo w różowych skarpetkach. Lub tych grafitowych wydzierganych przez Przemka na drutach. 
Kot od dwóch dni kicha. Dziś o siódmej rano opluł mi śliwki. Resztę dnia spędził na stoliku wiklinowym, a dokładniej na półce z gazetami pod blatem. Upodabnia się do swojej pani, która w chwilach słabości wybiera samotność i unika litości. Stolik jest przykryty sięgającym podłogi zielonym obrusem. Koci namiot? Bynajmniej. Raczej kichający stolik. Za pierwszym razem mało ducha nie wyzionęłam. Na szczęście człowiek posiada zdolność przywykania do największych dziwactw.
Nie bez powodu zapakowałam się z laptopem do łóżka. Wraz z wielkanocnymi życzeniami od niezwykłej Pani Madzi przyszła płytka z filmem. Pani Madzia uważała, że skoro szyję króliki i próbuję swych sił w pisaniu książeczki dla dzieci, muszę obejrzeć "Miss Potter". Od świąt minęło kilka dobrych miesięcy-tych zapracowanych, a wczoraj poczułam się potwornie zmęczona. Zamiast pójść spać, postanowiłam przenieść się do wiktoriańsko-gregoriańskiej Anglii na przełomie XIX i XX wieku. 
Wspaniałe miejsce na odpoczynek! Rozległe, porośnięte trawą wzgórza. Do towarzystwa cudowna Renee Zelweger w swoim staropanieństwie, z idealnie wyuczonym gestem zaciskania ust, z pasją, z chęcią-popartą działaniem-spełniania marzeń. Sztywna przyzwoitka, której czujność łatwo uśpić dolewając brandy do kawy. Rodzice hołdujący podziałom społecznym. Fantastyczne stroje (ach, czasem tak mi się marzą) i fryzury (te mniej). I zabawne akwarelowe zwierzątka namalowane przez Beatrix, które wiercą się i puszczają oczka:)
Odpoczęłam. Dziękuję Pani Madziu!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Świerszcz w kominie


To niesamowite, że w środku miasta o północy, gdy wszyscy rozsądni śpią, obok najbrzydszego i jedynego niewyremontowanego bloku rozbrzmiewa świerszcz. Może jest ich więcej, a może tylko jeden. Uzdolniony. Trudno powiedzieć. W środku nocy dudni cisza przerywana tylko od czasu do czasu przejeżdżającym samochodem. Ktoś gdzieś jedzie, ktoś skądś wraca, musi lub chce jechać, a może zwyczajnie spać nie może.
A on gra. On świerszczy w najlepsze.
A mi się wyświetla film. Obrazki z ogrodu, którego nie miałam, nie mam, ale mieć będę. Może wkrótce, może u schyłku życia. Ale czy czas ma znaczenie? Jednostką cieszenia się ze spełnionych marzeń jest intensywność, nie minuty. Nieważne, czy będę mogła jeszcze biegać za motylami, czy pozostanie mi odkurzania chaty na siedząco. Taborecik w prawo-kawałek podłogi, kolejny kawałeczek-kolejny kawałek.
Widzę ogród, lawendę, która po dotyku zostaje na dłoniach. 
Jaśmin i bzy.
Będę smażyła placki z cukinii, która jeszcze niedawno była ziarenkiem w mojej dłoni. Robiła nalewki ze swojej pigwy i z zerwanego czarnego bzu za domem. Będę rozcierała w dłoniach-tych młodych lub już pomarszczonych-pęczek ususzonej bazylii i tymianku. Będę przyprawiała omlet o szóstej rano świeżą kolendrą nie otrzepując z niej z rosy.
A wieczorem będę siadała na bujanym wiklinowym fotelu i czytała książkę przy dźwiękach świerszcza. Urządzę mu salon w kominie.
Będę...
Będę i już!
Dziwnie mi o tym pisać na wspomnienie czasów, gdy jedynie ważna dla mnie ziemia to ta w doniczkach na moim parapecie.
Ludzie się zmieniają. Oby nie świerszcze!

piątek, 20 sierpnia 2010

W ziarenku tkwi siła

Każda chwila mi się ostatnio kurczy do wielkości ziarenka piasku. Z ziarenka trudno coś wycisnąć, ale ja nie ustaję. Cisnę i cisnę, i brnę do przodu. Krok po kroku. Odmierzam czas nie tymi mizernymi ziarenkami, a kolejnymi wykreślonymi pozycjami na mojej liście do zrobienia. Bez niej bym zginęła. Choć ostatnio proporcje między dopisywaniem a wykreślaniem bardzo się zmieniły. I chyba zbyt często powtarzam sobie na głos "dam radę", bo Pędzel zaczął reagować na te słowa jak na nowe imię.
A najmilsze w tym wszystkim jest to, że tak mi dobrze, że dobrze mi tak:)
Wiem, dziwna jestem.
Piszę to w przerwach reklamowych podczas "Troi".
I wspominam pewną Wielkanoc w moim domu. W telewizji po raz kolejny puszczali "Joe Black'a". Poszłam do drugiego pokoju zostawiając Mamę sam na sam z sobą, z kieliszkiem domowej wiśniówki i z Brad'em Pitt'em. Zerkałam i obserwowałam, jak zakochuje się w jednym z moich ukochanych filmów. Patrzę i widzę Mamę spokojną, szczęśliwą, popijającą nalewkę i zahipnotyzowaną ekranem mojego starego Grundiga. I w pewnej chwili słowa: "Jak można być tak przystojnym?".
Drugie imię Pędzla to Damradę. Brad'a Pitt'a - Jakmożnabyćtakprzystojnym.

czwartek, 22 lipca 2010

Sąsiedzi z osiedla


Kroczę spacerkiem do sklepu. Przede mną kroczy dziewczyna pchająca wózek z małym bąblem. Chwilę potem dołącza do nich mała śliczna uśmiechnięta księżniczka.
-Gdzie idziecie? - pyta uśmiechnięta księżniczka.
-Na spacer - odpowiada uśmiechnięta dziewczyna.
-A po co?
-Bo dzieci muszą chodzić na spacer.
-A po co?
-Żeby były zdrowe.
-A ja też mogę?
-Chcesz iść z nami na spacer?
-Tak.
-Dobrze, chodź.
I tak uśmiechnięta dziewczyna z wózkiem i uśmiechnięta księżniczka idą razem na spacer, a ja kroczę za nimi uśmiechnięta.
Kilkanaście kroków dalej uśmiechnięta księżniczka skręca w prawo.
-A gdzie ty idziesz? - pyta uśmiechnięta dziewczyna.
-Do parku - odpowiada uśmiechnięta księżniczka.
-Nie możemy iść do parku.
-Dlaczego?
-Bo to za daleko. A jak pójdziemy za daleko, twoja mamusia mi przypierdoli.

Mój uśmiech z hukiem sięgnął bruku. Szybko wyminęłam towarzystwo, by uratować resztki miłego dnia.
Kilkanaście kroków dalej na wąskiej barierce siedziało siedmiu mężczyzn w słusznym wieku. A raczej balansowało. Nosy mieli bordowe, oczy błyszczące i nieproporcjonalnie przymknięte. Część z nich kiwała się w tył i w przód, reszta w prawo i w lewo. Zaznaczę, że nie wiało.
Ta swoista rytmika jakoś mnie uspokoiła.
Nagle jeden z nich powiedział do mnie:
-Dzień dobry.
-Dzień dobry - odpowiedziałam. I poszła fala. Fala w przód i w tył, w prawo i w lewo:
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry.
-...
Tak mnie tym rozbroili i zawstydzili, że wracając już z zakupami, wybrałam inną drogę. Mój uśmiech nie do końca podniósł się z bruku i drugiej takiej dawki kultury mogłabym nie przeżyć.
Dziwny ten świat.

sobota, 17 lipca 2010

Czas, kaktus i ścierka

Tak sobie patrzę i widzę, że dawno mnie tu nie było. A wydaje się, jakby to było wczoraj. Einstein tworząc swoją teorię względności chyba przewidział, że kiedyś tam na świecie pojawi się pewna Moniczka, która unosząc się nieco nad ziemią, zakrzywi czasoprzestrzeń. Nie potrafię zejść na ziemię, by sprawdzić prawdziwość jego rozważań. No i nie mam na to czasu.
Każdy jarmark to przedsięwzięcie. Nie tylko praca, ale i myślenie. Nie, nie myślenie-kombinowanie. Radzę z tym sobie całkiem nieźle, ale wtedy wyżej unoszę się nad ziemią. Można powiedzieć, że gdy myślę, to nie myślę.
Skomplikowane? Niezupełnie.
Może przykład.
Jestem posiadaczką kaktusa, którego przywiozłam z kraju odległego. Minęło już trochę czasu, a przestępstwa niektóre ulegają przedawnieniu, więc przyznam się, że ów kaktus pochodzi z nocnej kradzieży. Mały szaber w egzotycznym ogrodzie.
Kaktus ten jest z tych przewrotnych. Jest kaktusem, choć nie wygląda na kaktus, a zachowuje się jak kaktus. Nie ma widocznych kolców lecz małe puszyste kuleczki. Te kuleczki są miłe w dotyku-wiem, a potem okazuje się, że to jakby wata szklana-też wiem. Igiełek nie da się wyciągnąć, bo jak wyciągną coś, czego nie ma, a co tylko się czuje? I to jak czuje!
Weszłam dziś rano do kuchni i na podłodze zobaczyłam kawałek kaktusa. Tak zwane dziecko.  Postanowiłam posadzić go obok matki (kaktus z tych, co to się świetnie przyjmują). Nauczona doświadczeniem (tak, tak, czasem się uczę), w żadnym razie dziecka w dłonie wziąć nie miałam zamiaru, chwyciłam więc ścierkę i patyczek i plan zrealizowałam.
Już przy braniu ścierki kombinowanie powinno mi się przełączyć na myślenie, bo przecież po najbliższym myciu naczyń wytrę w nią dłonie. Ale to tak nie działa.
Zbliżała się pora obiadu. Upał niemiłosierny, w kuchni tym bardziej, więc do robienia spaghetti olio e aglio rozebrałam się do bielizny niczym do rosołu. Talerz wylądował na stole, jeszcze widelec i zasiadam. Zasiadłam i przykleiłam się do krzesła. Wstałam więc (czyt. odkleiłam się), pościeliłam sobie ściereczkę...
Mogę dalej nie pisać?

piątek, 25 czerwca 2010

Zakróliczona


Jeszcze dwie nogi i kawa - obiecałam sobie. Nogi nie moje, a przyszłego królika. 
Dwie nogi jakoś przeżyłam,  przeniosłam się z podłogi w wyższe sfery, w pobliże wiklinowego stoliczka i sącząc czarny napój wkładam w filiżankę całą swą wiarę, że mi pomoże. Podczas pełni spać nie mogę. A może raczej: nie muszę, bo nie to, że spać nie mogę lecz spać mi się nie chce. Oczywiście tylko w nocy, bo gdy nadchodzi poranek, zaczynam się robić senna, a tu żyć trzeba. Każda pełnia skłania mnie do myślenia o przodkach - moi pewnie mieli większy zarost na większej powierzchni ciała i zdecydowanie większe zęby. Wilcze. Dobrze, że mi się szwędacz nie włącza, bo oni raczej podczas pełni w domu nie siedzieli. 
Powinnam lepiej dobierać filmy i książki.
Wczoraj był zadziwiający dzień. Postanowiłam podbić nowy rynek i wybieram się na początku lipca na jarmark spory kawałek od domu. Przez półtora tygodnia udało mi się przygotować niezłą ilość wyrobów. Wczoraj natomiast przychodził mail za mailem z pytaniami i zamówieniami i tak biegając pomiędzy laptopem a maszyną do szycia, wszystko wyprzedałam. Czy pełnia wpływa na chęć posiadania królików?
Dziś więc szyję i nadziewam króliki. Nie jest łatwo, bo prawy kciuk wczoraj w szkło wsadziłam. Kuchnia to miejsce pełne niespodzianek. Ocieplina przykleja się do plastra i igłę dziwnie się trzyma. Ale za to nauczyłam się wiązać supełki lewą ręką!
Kawa wypita. Wracam do kicajków.
Miłego dnia:)

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Ciśnienie spadło i dopadło


Wcale nie czuję, że to najdłuższy dzień w roku. Minął jak w oka mgnieniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to mgnienie oka jakieś takie ospałe, ale ja z tych, na których kawa nie działa. 
Prawie cały dzień poza domem, w wielu miejscach, w wielu wymiarach. I z ogromną parasolką u boku, którą to z rozsądku postanowiłam dzierżyć i oczywiście okazało się, że ją tylko przewietrzyłam, bo niby czemu akurat dziś natura miała by przestać ze mnie drwić.
Już rok temu Syn skończył gimnazjum. Byłam przewodniczącą prezydium szkoły, więc konto bankowe było na mnie (takie tam zwyczaje). Teraz sobie o tym przypomnieli i poproszono mnie o zlikwidowanie. Umówiłam się z przemiłą Panią sekretarką w piątek w banku. I zawaliłam. Nie do końca świadomie, bo czułam, że coś miałam w przyczyn niezależnych jeszcze odwołać. Ale tylko czułam. Pani zadzwoniła z miejsca naszego spotkania, ja się pokajałam i umówiłyśmy się na dziś. Pełna wyrzutów sumienia nalegałam, że się dopasuję i tym oto sposobem pomiędzy porannym masażem a spotkaniem w banku miałam trzy godziny szwędania się po mieście, bo do domu nie opłacało mi się wracać.
Zakupy do lodówki w jednym miejscu, dla kota w drugim, chemia w trzecim. Wędrówki po sklepach poprzeplatane najsłodszymi wizytami w pięciu księgarniach w poszukiwaniu pewnej książki. Bez skutku. Po drodze poczta, a tam Pani Ela. Moja kochana Pani Ela, której wieki nie widziałam. Połaziłyśmy pod ramię po mieście załatwiając jej sprawy i rozmawiając. "Ile masz jeszcze czasu?" - zapytała. Zostało mi 40 minut. "Wiesz, połaziłabym po księgarniach" - odpowiedziała, a ja z przyjemnością nie oponowałam, choć raczej nie wierzyłam, że poszukiwana książka jakimś cudem znalazła się na którejś z półek.
A teraz siedzę sobie z laptopem na kolanach, z kotem na stopach i przysypiam popijając genialną imieninową zieloną herbatkę od Agi. Dla bardziej wnikliwych: imieniny były półtora miesiąca temu - nie dziś, herbata parzona dziś - nie półtora miesiąca temu.
Dobrej nocki*
Ps. A książkę zamówiłam sobie przed chwilą przez internet:)

niedziela, 13 czerwca 2010

Letnie dni


Upały cudowne. Woda mineralna zamieszkała w miednicy z zimną wodą w łazience, bo lodówka zastawiona dzbankami z mrożoną zieloną herbatą z cytryną i butelkami maślanki. Kot uprawia wędrówki domowe w poszukiwaniu chłodniejszego miejsca od tego, który chwilę wcześniej zagrzał swoim futerkiem. Pranie schnie w oka mgnieniu. I w oka mgnieniu brązowi się skóra na nogach wystawionych z ogromną przyjemnością na balkon, podczas gdy łapki zajęte szyciem.
Dni piękne. Truskawkowe. Gdy świat zanurza się w truskawkowej magii, nic innego godnego skonsumowania dla mnie nie istnieje. Bywa, że przypłacam to dziwnym bulgotaniem w żołądku, ale to takie wiosenne granie.
Dziś jednak stęskniona działań kuchennych postanowiłam zaszaleć. Upiekłam dawno nie pieczony pasztet z pieczarek. Nie chciał wyjść, jak to zwykle czyni, w całości, więc wylądował w lodówce w blasze jako pasztet do smarowania. Ważne, że pyszny.
Za chwilę wstawiam do piekarnika moje pierwsze w życiu chlebki pita. Już wiem, już pogodziłam się z faktem, że raczej nic z nich nie wyjdzie. Pita rośnie trzy razy po godzinie w różnych formach: po zagnieceniu w kuli, po kolejnym zagnieceniu w kształcie kuleczek i po rozpłaszczeniu na placki. Moje ciasto w żadnej z postaci ani drgnęło. Nie wiem, czy drożdże złośliwe, czy kuchnia się na mnie obraziła.
Daję szansę chlebkom pita-jeśli jej nie wykorzystają, to ja się obrażę. Jestem kobietą, wolno mi!

środa, 9 czerwca 2010

Pachnidło


Wracałam do domu z masażu. Dochodziłam do drzwi bloku, gdy uderzył mnie ten zapach. Zatrzymałam się i zaostrzyłam zmysły.
Musiałam wyglądać -  hm... inaczej, bo nadchodząca z naprzeciwka kobieta z psem zatrzymała się obok i zaczęła mi się dziwnie przyglądać, a potem rozglądać. Też zaostrzyła zmysły.
- Co tu tak pięknie pachnie? - zapytałam.
Kobieta bardziej zaostrzyła zmysły. Patrzyłam na nią z nadzieją, że rozwiąże zagadkę. 
Kobieta zaostrzała zmysły i zaostrzała, mrużąc oczy i marszcząc czoło.
- I co? Wie pani, co tak pięknie pachnie? - zapytałam z nadzieją.
- Chyba tak - odpowiedziała. - To ten czarny bez tak śmierdzi.

wtorek, 8 czerwca 2010

Niewiele mam?

O "znajomych" w interii pisałam TU (klik). Okazuje się, że mimo, iż nie bywam tam od bardzo dawna, listy nadal przychodzą. Oto jeden z ostatnich (pisownia oryginalna):


witaj mam na imie oktawian mysle ze jestes fajna dziewczyna choc tak malo o sobie napisalas w profilu ja sam tez niemam za wiele wiec moze sie poznamy pozdrawiam

I tak sobie myślę, czy rzeczywiście mam niewiele?  Bzdura! Myślę sobie, co mam. Mam wszystko, czego mi do szczęścia potrzeba.
Wybacz Oktawianie (czy raczej oktawianie), nie poznamy się.

piątek, 4 czerwca 2010

Kryminalistka


Wiedziona strachem, że na długi weekend zostanę bez książki, wybrałam się w środę do biblioteki. Pogoda przepiękna, słońce pełną parą. Dwa w jednym: książki na dobranoc i cudny spacerek.
W bibliotece zagadałam się troszkę z moimi Paniami i nim się obejrzałam, pogoda zmieniła się diametralnie. Za oknem ujrzałam czarne niebo. 
Wszystko ma swoje miejsce na ziemi, a miejsce mojej parasolki jest w domu.
- Biegnę - rzuciłam i z torbą pełną książek wybiegłam z biblioteki. Lunęło tak nagle i intensywnie, że zanim dobiegłam do przystanku, drogą płynęła rzeka, z włosów spływało mi pod bluzkę, spodnie nabrały kilogramów, buty zrobiły się śliskie, że nie wspomnę o mokrych majtkach. Wspomniałam.
Nim przyjechał autobus, doszłam do etapu "wszystko mi jedno" i postanowiłam zrealizować resztę planu, czyli wysiąść przystanek wcześniej i zrobić zakupy. Wysiadłam i posunęłam (próbował ktoś iść w mokrych spodniach?) do sklepu. Ekspedientka wydusiła z siebie jedynie "ojej", co skwitowałam uśmiechem, bo nic więcej nie potrafiłam wydusić. Dopakowałam torbę z książkami zakupami, w drugą łapkę wzięłam żwirek dla kota i tak obładowana wyszłam ze sklepu. 
Tuż obok był warzywniak. Wiosną to mój ulubiony sklep. A jeszcze w tak piękną wiosenną pogodę! Posunęłam do warzywniaka. Ekspedientka wydusiła z siebie jedynie uśmiech, co odwzajemniłam wydusiwszy swój i chwilę potem z trzecim pakunkiem wysunęłam ze sklepu.
Przed sklepem stał radiowóz. Gdy pojawiłam się w drzwiach, z radiowozu wyszedł policjant.
- Gdzie pani idzie z tymi torbami.
- Do domu - odpowiedziałam.
- Proszę wsiadać.
Zamurowało mnie. Zapłaciłam za wszystko, za każdą marcheweczkę i rzodkiewkę w pęczku.
- Zrobiłam coś złego, czy po prostu żałośnie wyglądam?
- No, wzbudza pani litość - usłyszałam. - Podwieziemy.
I taką oto limuzyną zajechałam przed blok. Mam tylko nadzieję, że choć jedna sąsiadka w tym momencie wyjrzała przez okno, by sprawdzić, czy się przejaśnia. Zdecydowanie za mało dostarczam tematów do plotek, a o sąsiadów trzeba dbać:)

środa, 26 maja 2010

Świata koniec

Człowiek to taka dziwna istota. Łatwo wpada w rutynę. Jest też drugi typ: na rutynę sobie nie pozwala.
Przyznaję, ja sobie nie pozwalam. I poszłam krok dalej. Decyzja podjęta, przyklepana. Remont.
I dlaczego? - się pytam! Drugi dzień dobiega końca, a ja mam wrażenie, że nie dzień, a świat się kończy.
Są ludzie, którzy uwielbiają sprzątanie, prasowanie, mycie naczyń, pranie i inne tego typu dziwactwa. Nie ma co filozofować - to ja. Ale czy jest ktoś, kto uwielbia lub choćby lubi, a nawet zadowolę się: znosi remonty? Jeśli ktoś się przyzna, pół królestwa oddam. Drugie pół za tajemnicę, jak przetrwać.
Wszędzie gruz, pył i dwa pokoje w jednym, czyli nie ma gdzie nogi wcisnąć. No tak, podczas remontu spada stopa życiowa. Pokój dzielony ze skarbami nastolatka. Nawet nie będę próbowała tego opisać, bo nie uda mi się oddać atmosfery. Dla rozbudzenia wyobraźni (i niech każdy radzi sobie sam): chomik na regale czyli z dala od kocich instynktów, telewizor na podłodze, kanister, opona z malucha, dwadzieścia pudełek po telefonach (jedni zbierają znaczki, inni...) i płyty, płyty, płyty.
A jeśli jeszcze posiada się kota, którego pasją jest tarzanie się w tym, co nie na co dzień, ręce opadają. Chodzi toto dumnie siwe od tynku i ociera się o wszystko, co po drodze. Takie szczęśliwe zwierze bez połysku.
Czy bajka o rycerzu, który porywa niewiasty w kłopotach ma choć cień prawdy? Ja w każdym bądź razie czekam. Spakowana.
Ps. Wracając do kawałka tekstu: jeśli ktoś zechce mi wmówić, że zmywarka jest błogosławieństwem tych czasów, będzie używał swego uroku, by mi ją sprzedać lub zechce mi takową sprezentować, wykreślam z listy znajomych. Od razu!

sobota, 22 maja 2010

Marzenia


Mam trochę marzeń. Stosik, koszyk i słoiczek. Składam się z marzeń.
Dwa z nich zaczęłam spełniać. Bo jak nie teraz, to kiedy? Pierwsze koty za płoty.
Jedno z marzeń pochodzi z lat szczenięcych. Od kiedy nauczyłam się czytać, niewiele było wieczorów bez książki. To wersja light. Nieprzespanych nocy nie sposób zliczyć. 
Od pierwszej książki wciąż na nowo zakochuję się w innych światach. Byłam Anią z Zielonego Wzgórza, Lisą z Bullerbyn, Panną z mokrą głową, D'Artagnanem, a gdy poczułam, że jestem skłonna nosić na szyi termos z zupą ogórkową niczym Wincenty Smok, postanowiłam sobie, że kiedyś sama stworzę taki inny świat. Świat, w którym inni odnajdą siebie.
Zaczęłam ten świat budować.
Drugie marzenie narodziło się dużo później. Własna galeria. Buduję ją wkładając serce.
Trzymanie kciuków mile widziane:)
Szukałam mądrości o marzeniach wśród słów mędrców. Potrzebowałam cytatu na stronę mojej galerii. Znalazłam. Cytat piękny, ale to nie o nim chciałam. Znalazłam też inny-Stanisława Jerzego Leca:
"Podrzuć własne marzenia swoim wrogom, 
może zginą przy ich realizacji".
Nawet jeśli ta mądrość znajdzie się na moim nagrobku, marzeń spełniać nie przestanę!:)
Spełnienia marzeń Kochani!

niedziela, 16 maja 2010

Każdy mierzy według siebie


-Cześć mamo. Co słychać? A właściwie to nie mów. Niebawem będę, to mi opowiesz. Ale nie jadę sam. Kamil u nas zanocuje. Nie masz nic przeciwko? To na razie. Aha, jesteśmy głodni. Zrobisz nam coś?
Przed tym potokiem było moje "halo", po potoku na zwykłe "ok" nie starczyło miejsca.
Sobota po 22giej. Gdy Młody wyjeżdża, żywię się resztkami, a do sklepu chodzę po wodę mineralną i saszetki z kocimi przysmakami. Pędzel twardo hołduje filozofii, że resztki są dla ludzi. Nie głodzę się. I nie wciskam w siebie, by nie wyrzucać. Choć prawdą jest, że jedzenie wyrzucam w ostateczności. Jestem z tych, którzy wolą czerstwy chleb od świeżego i uwielbiam mieszane kanapki. Podobno posiłki o siedmiu smakach stanowią kwintesencję rozkoszy. A i owszem. Polecam.
Wracając do sobotniej nocy. Otwieram lodówkę. Kiełbasa już raz smażona niedojedzona, dwa pomidory, dwa plasterki żółtego sera, trzy napoczęte słoiki dżemów i jajek dwanaście.
Kiełbasa plus jajka. Lniany woreczek na cebule sugeruje obecność co najmniej dwóch sztuk. Nie jest źle.
Na śniadanie smażę sobie dwa jajka i zazwyczaj nie dojadam. Reszta jak znalazł na drugie śniadanie. Rachunek prosty: po dwa jajka na osobę i bonus za bycie mężczyzną, czyli po pół jajka. Logiczne. Przeliczalne. Jaj pięć.
Młodzi mężczyźni stanęli w drzwiach, gdy kiełbasce i cebuli niewiele pozostało do doskonałości. Syn zajrzał do miseczki z wbitymi jajkami.
-Pięć?
-No, tak. 
-Bonus po pół jajka?
-No, tak.
-Faceci na pół jajka?
-No, tak. A na ile?
-Może tak ze trzy razy tyle, co w miseczce?
-Żart.
-Za rok będę pełnoletni.
-Ile pełnoletniemu przysługuje?
-Co najmniej trzy twoje dwa śniadania.
Przeliczyłam szybciutko razy dwa razy mężczyzna i wyszło na to, że niedzielne śniadanie będzie ubogie w jajka. Zerowo-jajeczne.
Jedli, a ja w pokoju obok słyszałam, jak im smakuje.
-Wystarczy wam? - taki mój żarcik.
-Dojemy ciastem - usłyszałam. 
Jak dobrze, że upiekłam piernik, bo wiele zniosę, ale kolejnych jaj nic z tego.

niedziela, 2 maja 2010

Palec słońca

Nie wiedziałam, że go ma. Ale ma. Bezwzględnie nim wskazuje, w tonie delikatnie oskarżycielskim.
Do mnie nawet zapukało. W szyby nieczyste. Fakt, nie zdążyłam przed świętami.
Po krótkim puk puk, zarumieniłam się i okna umyłam. Rzeczywiście jakoś słoneczniej. Zniknęła vermeer'owska ponurość.
Ale jeszcze coś mi słońce wytknęło. W sumie trochę bezczelnie. Moje ciałko na wiosnę. Przy świetle żarówki w łazience wygląda inaczej. Nic to - by palcem słońca między żebra nie dostać, wprawiłam w ruch hula-hop. Polecam. Zwłaszcza tym, którym umiejętność kręcenia gdzieś się zapodziała. Nieustannie spada i skłonów nie da się zliczyć.
To było wczoraj.
Dziś czuję się jak wykrochmalona.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Weekend u Babci

Kilka dni spędziłam z Mamą w domu Babci. Doprowadzałyśmy go do porządku, bo zdrowie już nie to. A z drugiej strony życzyłabym sobie takiego zdrowia w Jej wieku.
Było miło, rodzinnie. Nie do końca słodko, ale nie z powodu ogromu pracy. Pracy się nie boję. Po pierwsze Babcia nie grzeje w domu, a ja jestem piecuch. No i jest kwiecień. Koszulka pod piżamą, grube różowe skarpety naciągnięte na spodnie, co by się skrawek skóry nie wypsnął przez sen, kołdra po egipsku czyli na mumię i tylko nos na zewnątrz do przeżycia. I właśnie ten nos! Arktycznie zmrożony. Trzy noce właściwie nie przespane.
Druga sprawa to pies. Nowy. Nie wiedzieć czemu nazywany Nusią, choć zdecydowanie jest Nusiem. Jego życie polega na kilku nieskomplikowanych czynnościach. 
Pierwsza to lizanie. Nie sposób Niusię pogłaskać, bo Niusia bez przerwy liże. 
Druga to niezwykle wysokie wyskoki. Niusia zjawia się zazwyczaj z zaskoczenia (bo Zaskoczenie to jej drugie imię) i skacze na wysokość twarzy. A że pierwszą pasją jest lizanie, więc skok kończy się liźnięciem w policzek i nagłym zniknięciem. 
Trzecia pasja Niusi to wicie się po podłodze. Szczerze mówiąc dopiero po dwóch dniach zobaczyłam, że Niusia ma uszy. I to jakie wielkie! Z cudnie zwisającymi loczkami. Na co dzień Niusia uszu nie posiada, bo widocznie przeszkadzają w wiciu się, ale to już pewnie kwestia zasad fizyki, w które nie zamierzam się wgłębiać. 
Niusia też się podkłada. Robi to tak jak przy skakaniu, czyli z zaskoczenia. Zjawia się znikąd i nagle leży przed tobą na plecach ze słodko podkulonymi łapkami, cielęcymi oczkami, w których czai się prośba o pogłaskanie, do czego oczywiście dojść nie może, bo Niusi pasją jest lizanie. Nie wiem, jaki jest cel podkładania się, ale podejrzewam, że człowiek, bo przywiozłam do domu siniaka na ramieniu po zderzeniu z kantem ściany po sytuacji podłożenia.
Niusia ma jeszcze kilka innych cech przypisanych: je skórki z kaszanki, słoninę, sika na dywan w przedpokoju, jest gotowa zabić, jeśli ktoś jej próbuje odebrać skórzane wkładki do butów (nie wiem, czy tylko moje) oraz współżyje z szalikiem w kratkę.
Zdecydowanie wolę koty.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

...


Kilka dni i kawałków nocy spędziłam nad korektą tekstu. Dziś zniknęła już z mojego życia, a ja, mimo że padam, mam ochotę tańczyć:)
Dobrze, że to dziś, bo byłam o krok od linii obłędu. Próbowałam dzwonić z pilota, włożyłam ścierkę do lodówki, nauczyłam kota kilku brzydkich słów, a ostatniej nocy śniły mi się spacje. Nie takie spacje między literami - u mnie liter nie było. Same spacje. Czyli nic. A jednak spacje.
Idę odreagować w wannie z książką.
Wszystkim życzę dobrej nocki i miłych snów. O czymś.

sobota, 17 kwietnia 2010

Jestem!


Od kilku dni korci mnie, by coś tu skrobnąć i wciąż brakuje mi czasu. Durne wytłumaczenie. Ale czasem tak jest z tym czasem. A czasem i z chęciami, nawet tymi dobrymi.
Najpierw święta w dwóch wymiarach. W jednym tym cudownym z rozmowami nocą z Mamą. Ze spacerami po miejscach dzieciństwa. Z żabami wędrującymi do stawu samotnie i od stawu w stronę lasu z towarzyszem na plecach. Z krokusami i winoroślą oplatającą platan. Z wąwozami łysymi jeszcze brakiem liści, ale z zawilcowym dywanem. Drugi wymiar to emocje zdecydowanie przeciwne mojej potrzebie wyciszenia, czyli spotkanie z ex, który świat postrzega jak jedno wielkie rozczarowanie o zmiennym natężeniu. Emocje podwojone empatią, bo nie potrafię nie być empatyczna od chwili narodzin Syna.
Pewnie trochę przedłużone spacery w zdradzieckiej - acz pięknej! - wiosennej aurze, ale raczej te emocje zakiełkowały tym, że oprócz torby świątecznych przysmaków przywiozłam do domu chorobę. Bo ryba psuje się od głowy. I tak zepsułam się na dni pięć do czasu, gdy zaczęły mnie poszturchiwać obowiązki i kot otrząśnięty z depresji. Wierzcie lub nie, ale Pędzel zapada w kocią depresję po każdym powrocie od moich Rodziców.
Jeszcze kilka dni spędzonych nad zaległą pracą przy komputerze i wrócę do mojego świata.
A za oknem zieleń się obudziła. Zauważyłam, więc powoli się naprawiam. Jest dobrze!