niedziela, 27 września 2009

Lenistwo niedzielne

Wiecie, dlaczego kobieta ma zawsze coś do zrobienia w domu? Bo głupia śpi w nocy i jej się zbiera... Mądrość nie moja, a gdzieś kiedyś wyczytana. Stworzona zapewne przez złośliwego mężczyznę lub sfrustrowaną kobietę. Grunt to nie dać się zwariować, prawda Kobiety?
Wczorajszy dzień minął pod szyldem generalnych porządków w kuchni. Cóż, uzbierało się.
Sprzątanie w kuchni ma swoją filozofię. Nie wystarczą nasączone chusteczki. Tu potrzebna twarda artyleria. Zanim ten kawałek mieszkania wzbudził moją dumę, lepiej było tam nie wchodzić. Kociak doszedł do tego wniosku po drugiej próbie, gdy zeszłam na niego z krzesła. Przepraszam, Pędzel. Pędzel wybaczył, bo nocą z miłością grzał mi stopy.
A dziś pozwoliłam, by się zbierało. Choć może to tylko w nocy się zbiera? Wyspałam się, jajecznicę długo jadłam, podlałam kwiaty i ciasteczka upiekłam. Niepodobny ten dzień do mnie.

wtorek, 22 września 2009

Bez tytułu, bo pomysłu brak

Czy wierzycie, że ludzie się zmieniają? Nie chodzi mi o to, że tylko krowa nie zmienia zdania. A jak już przy tym jestem, to czy znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy mi ten zbitek słów? Bo jakiś sens chyba to ma, prawda? Ale jaki? Proszę mnie wyedukować.
A wracając do tematu, chodzi mi o taką prawdziwą zmianę. Wiecie: alkoholik rezygnuje z własnej woli i potrzeby z kolejnych kieliszków w życiu i staje się modelowym mężem i ojcem, złodziej oddaje zrabowane dobra właścicielowi z wyrazem wstydu na twarzy i otwiera fundację, mąż kat pewnego dnia przynosi żonie kwiaty i potem żyją długo i szczęśliwie.
Ja wierzę.
Z tym że po ostatnich kilku wydarzeniach przyznaję się sama przed sobą, że to wiara niczym nie podparta. Bez dowodów, bez faktów. Nie chcę mówić o naiwności. Choć pewnie powinnam.
Moja naiwność dotyczy zmiany na lepsze. Co do przejścia na złą stronę to ja ostatnio za dużo mam dowodów i faktów. Znacznie za dużo.
Człowiek, na którego można było zawsze liczyć, który miał zawsze dobre słowo, który rozczulał roztrzepaniem, teraz we władaniu Ojca Pieniądza z misją "po trupach". A te trupy mi bliskie.
Człowiek ciepły, uśmiechnięty, życzliwy, filantrop, kochający tradycję, ratujący ślady historyczne przed zapomnieniem, pewnego wieczoru podnosi rękę na żonę z rozrusznikiem serca.
Mała słodka dziewczynka, wychowana w miłości, wykształcona, z ambicjami, odżegnuje się od samotnego ojca bez powodów, które potrafiłaby wyjaśnić i nie może zdobyć się na telefon do niego po kilku latach wiedząc, że od kilku miesięcy leży w szpitalu i grozi mu wózek inwalidzki. Bo kaprys jakiś, bo nie honor.
Wyliczać dalej? Nie, już wystarczy. Nie chodzi o to, by się smucić, ale by nadal wierzyć.
Tylko to jakoś nie tak...

czwartek, 17 września 2009

Jesień pachnie śliwkami

Kolejny słoneczny dzień za nami. Piękny. Błyszczą zatrzymane na barierce balkonu niteczki babiego lata. Mały podmuch wiatru wystarczy, by spowodować deszcz liści. Codziennie jedząc śniadanie zerkam na moją winorośl, która zaczęła zabawę w sygnalizację świetlną w zwolnionych odstępach i zamieniła zieleń liści na gorącą czerwień.
Ulegam jesieni bez reszty. Cieszę zmysły.
Zbieram zioła i suszę po troszeczku. Słoik z miętą, bazylią i melisą. Na razie.
Codziennie znoszę z targu po trzy kilo śliwek i smażę konfitury. Dlaczego trzy? Bo nie za ciężko, bo mój największy garnek więcej nie pomieści, bo nie lubię rozgardiaszu w kuchni, bo każda porcja jest inna. I dlatego, że podoba mi się chodzenie na targ. Zaczynam się tam czuć jak na stołku barowym, gdy co rano ta sama pani pyta: "To, co zwykle?". Do wczoraj, bo dziś tylko uśmiechnęła się na mój widok i chwilę potem wracałam do domu z trzykilogramowym ładunkiem.
Czy coś zastąpi takie chwile? Ja je kolekcjonuję.
W tym roku zaeksperymentowałam i uszlachetniłam powidła imbirem, skórką cytrynową i zielem angielskim. I powtórzyłam. I znów. Część słoiczków powędruje do przyjaciół, reszta do piwnicy.
Kocham jesień.

wtorek, 15 września 2009

Szyję sobie

Jakiś czas temu zaprzyjaźniłam się z maszyną do szycia. Od tamtej pory związek nasz ewaluował i zamienił w głębsze uczucie. Najchętniej nie wstawałabym od niej, ale od czasu do czasu obydwie musimy odetchnąć.
Ostatnio królują króliczki. Zakróliczyłam się, zkróliczyłam.
I dobrze mi z tym.
Znajomi znoszą mi ubrania, z których wyrośli lub stracili do nich serce, a ja przerabiam je na łapki, uszka, spodenki na szelkach, kapelusiki. Niektórzy oddają nawet spodnie (ostatnie spodnie - brzmi dobrze) i koszule, gdy widzą moje nimi zainteresowanie, gdy tak podskubuję sprawdzając tkaninę i gdy pewnie dziwnie patrzę. Obawiam się, że niebawem ludzie zaczną obawiać się mnie:)
A mnie bardzo cieszą te rosnące stosiki, które kilka razy dziennie przerzucam, przykładam do siebie i kombinuję, co z nich powstanie. Zamieniłam się w krawcową i chomika. No, może nie zupełnie, bo samice chomika są zdolne do spółkowania co pięć dni i zjadają swoje potomstwo.
Dziś dzień podobny do ostatnich, czyli Mama Królikowa. Z jednym wyjątkiem: od kilku dni chodziło za mną ciasto za śliwkami i dziś wieczorem sen się ziścił. Troszkę się spiekło, ale cóż - nie byłabym sobą. Syn powiedział mi kiedyś, że jak będzie miał problem z zerwaniem z dziewczyną, poprosi mnie o upieczenie ciasta i przyprowadzi ją do domu.
Czasem jednak nachodzi mnie ochota na zjedzenie potomstwa.

poniedziałek, 7 września 2009

Miłość przyszła

Miłość uskrzydla. Prawda stara jak świat.
Mgiełka piórek rozmazuje, zmiękcza, zaciera kanty, łagodzi ostre barwy. Łagodzi obyczaje.
To stąd zachwyt nową szkołą, nowymi kolegami i nowymi nauczycielami. Stąd radość z ośmiogodzinnego dnia pracy w warsztacie i wizja pracy w ferie i wakacje. Stąd rozmowy przy śniadaniu poważne i te błyskotliwe z tłumionym nieudolnie uśmiechem. Stąd telefon od Mamy po weekendzie, że jakby wydoroślał.
I pokój posprzątany!
Niemal biblijny powrót Syna.
A jeszcze niedawno usłyszałam od kogoś, że "coś z nim zrobić trzeba, popracować nad nim". Od kogoś, kogo nawet biologia nie przekonuje do obowiązków.
A tu miłość przyszła.
Miłość z pierzastymi skrzydłami na plecach i w różowych okularach na nosie.
Niby niepełnosprawność, a jak żyć pomaga.

Różowych okularów wszystkim życzę, bo one nie zawsze są dla naiwnych.

czwartek, 3 września 2009

Lato za szkłem


Dzień zaczął się sporym zamówieniem. Więc nawet gdyby przyszło mi do głowy zastanawiać się, jak spędzę weekend, to już nie muszę. Problem z głowy:) Sól, mąka, stolnica, i piekarnik chodzący non stop. Może wplotę w to wszystko z artystycznym wdziękiem ciasteczka? Dawno nie piekłam. Tak zrobię. Ciasteczka dopisane do weekendowej listy.
Wyprawa na targ przyprawia o zawrót głowy. Najpiękniejsza pora roku. Owocowo – warzywna. Kolory, zapachy, kształty. Smaki, rozkosz, niebiańskość. Zaczynam znosić do domu po troszku te cudowności, z piwnicy po troszku słoiki i butelki i zamykam ten rocznik na zimne dni. Dziś pachnie śliwkowo i brzoskwiniowo. Te kolorowe słoiczki są jednym z pretekstów do kochania zimy.
Pokrzątałam się w nocy w kuchni. Zlałam morelowy likier i zasypałam owoce cukrem. Za miesiąc połączę je z tym bursztynowym płynem, by mogły się zaprzyjaźnić do Bożego Narodzenia. Spróbuję tym boskim napojem i wizją rozmów przy świecach na świątecznym stole skusić Mamę do towarzystwa mojej choinki. Dwa lata temu się udało, więc optymizm z fundamentem.
Wiśniówka też zlana i wymieszana z miodem. Towarzystwo nieprzeciętne. Rozgadane. Może też przyciągnie jakąś przyjazną duszę?

wtorek, 1 września 2009

Zadziwieniem jestem

Dziś w pełnym zadziwieniu. Dzień się kończy, a ja mam wrażenie, że sama tym zadziwieniem jestem.
Młody pierwszy dzień w nowej szkole.
Zaczęło się od pobudki o siódmej rano bez marudzenia na system edukacji.
Potem przyniesiona elegancka koszulka do prasowania zamiast ukochanego czarnego t-shirt’u z napisem „mój chomik zgwałcił twoją rybkę”.
Powrót z rozpoczęcia roku z uśmiechem! Fajni ludzie, fajny identyfikator, fajna wychowawczyni, niczego sobie plan lekcji i w ogóle nowa szkoła is cool. I nie ważne, że w klasie żadnej dziewczyny.
Rezygnacja z marudzenia o załatwienie zwolnienia z w-fu, bo w-f z wychowawczynią. Z zachwytem kupione krótkie spodenki zamiast tych śmiesznych do kolan.
Prośba o wyrażenie zgody na uczęszczanie na przysposobienie do życia w rodzinie. To akurat może niepokoić, ale nie dziś.
I klapki regulaminowe na zmianę bez grymaszenia. Moje dziecko w klapkach!
Zeszyty podpisane nie w połowie roku.
Plecak spakowany wieczorem.
Niech nikt i nic nie próbuje mnie odczarować!

czwartek, 27 sierpnia 2009

Miednica nocą

Minęła północ, a ja z nóżkami w miednicy staram się nie myśleć o porannym budziku. W telewizji De Niro.
Ale nie tylko mi się pokręciła noc z dniem - osa o naturze sowy co chwila zatacza się po ściankach lampki. Budzik o siódmej a śmierć od żarówki to wielka różnica, ale jak mam jej to wytłumaczyć. Z kotem łatwo się dogadać, ale stworzenia latające nie odbierają na moich falach.
Swoją drogą nie wróży to dobrej przyszłości wszechświata. Będąc jeszcze w szkole średniej oglądałam program o fenomenie owadów. O zachwycie nie będę pisać, bo nie uda mi się go oddać. Chodzi mi o myśl przewodnią, która sformułowała podsumowanie: "Gdy nas nie będzie, to owady przejmą świat we władanie. Ale na razie im o tym nie mówmy".
Dziwne, co człowiek zapamiętuje.
Patrząc na tę osę, moją wieczorną współlokatorkę, można wyciągnąć dwa wnioski: albo świat po nas będzie tylko mgnieniem, albo telewizja kłamie.
Ale ja nie o tym chciałam. Chciałam o miednicy.
Byłam dziś na zebraniu w szkole. Piękne wakacje dobiegają końca, a nowa szkoła otwiera wrota.
Po półtoragodzinnym spotkaniu z panią dyrektor o pięknym imieniu Monika:) szkoła nabrała miłych kształtów, a ja wyszłam z niej pełna nadziei i radości. Za kilka dni okaże się, czy Latorośl podzieli moje zdanie. Pewnie nie do końca, bo to, co cieszy rodziców a momentami rozśmiesza (jak kapcie lub klapki zamiast obuwia sportowego, kamery wszędzie oprócz klas i toalet lub identyfikatory, bez których strażnik (!) nie wpuści na lekcje), raczej na młodzież podziała jak zimny prysznic. Ale to za kilka dni.
Znów oddaliłam się od miednicy...
Wyszłam zadowolona i - co tu ukrywać - troszkę rozbawiona na myśl o reakcji przyszłego ucznia i skierowałam się na przystanek. Stoję i stoję, a tu nic nie jedzie. Spojrzałam na zegarek, potem na rozkład jazdy. Trolejbus za 17 minut. Zdążę przejść przystanek. Przeszłam, ale nie zdążyłam. Następny za 25 minut. Mały spacerek jeszcze nikomu nie zaszkodził. A potem był kolejny przystanek z wizją czekania i kolejny. I po upływie 40 minut byłam w domu.
A pogoda była piękna! I ludzie mijani odpowiadali na mój uśmiech. I budka z pysznymi lodami śmietankowymi po drodze. Żyć nie umierać.
A miednica?
Bo Moniczka spacerowała szczęśliwa w szpileczkach.
Rozsądek osy.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Dziś w domu

Praca w domu ma sto i pół dobrych stron.
Zrobiłam sobie dziś wolne od biura, choć nie od pracy. Cisza, spokój. Telefon nie milczy, ale jest bardziej efemeryczny niż podczas siedzenia w biurze. I jeden, a nie plus dwa i fax. To jednak różnica.
Pisanie, myślenie, szukanie, liczenie, a w międzyczasie, dla rozprostowania kości i oderwania oczu od monitora, pranie nastawione, kolejne rozprostowanie – rozwieszone, kolejne – zebrane i schowane na miejsce. Bo dziś słoneczko nie próżnuje. Dom odkurzony, kwiaty podlane, pasztet z kurczaka ze śliwką zrobiony, lodówka się rozmraża.
I kot szczęśliwy, bo najwygodniejsze kochane kolana w domu i siódme śniadanie smakuje jak nigdy.
A w międzyczasie wyganiam z domu motyle ratując im życie. Pędzlowi ćmy się przejadły – sporo ich skonsumował tego lata, bo noce były ciepłe, a lampka przy łóżku późno gasła. Ale kolorowym bratem nie pogardzi.
Czasem trzeba małym braciom, zagubionym, miotającym się, pokazać właściwą drogę życia.

niedziela, 23 sierpnia 2009

Deszcz

No to się rozpadało. Tym razem telewizja nie kłamała. Rozszalał się Łobuz Deszcz w środku nocy. Uwielbiam to. Budzi delikatnie dudniąc w blaszany parapet, a chwilę potem nie zmieniając nic, tym samym usypia. Mokra melodia.
Podczas deszczu ciśnienie spada. Widocznie nie zawsze, bo sąsiadów dziś ogarnęło szaleństwo. Ciśnienie skoczyło, energii przybyło. Kilka rodzin krzykliwie zepsuło sobie dzień. A może coś więcej. Może gdzieniegdzie bezpowrotnie. Słowa, słowa odbijały się od bloków i szybowały niesione przez oczyszczone kroplami powietrze. Powyciągali z szuflad zapalniki, trzaskały zapałki i Bum!
Zamiłowania do niektórych dziedzin sportu nie rozumiem. Nie czuję.
A może to niechęć do spacerów w deszczu? Szkoda. Nawet mój kot lubi deszcz. Kot wie, co dobre.
Udało mi się nadrobić zaległości w papierach przyniesionych z pracy. Jak zwykle w ostatniej chwili. Ale miałam też kilka innych rzeczy na wczoraj. Wszystko już poza mną i dobrze mi z tym. Jeszcze tylko kilka maili i zanurzę się pościeli w kratkę i w książce.
Miłego wieczoru:)

piątek, 21 sierpnia 2009

Dentysta

Wizyta u dentysty. Zdecydowanie wolę inne profesje. Z przyjemnością uśmiecham się do kanarów z MPK, nadętych urzędniczek i policjantów pytających, dlaczego nie poczekałam na zmianę świateł. Dentysty zdecydowanie nie lubię. O ciarki przyprawiają mnie ściany poczekalni pokryte plakatami zachęcającymi do dbania o dziąsła i złowróżebnymi zdjęciami przedstawiającymi, co się dzieje, kiedy się tego nie robi. Moje rozbiegane przestraszone oczy szukają najbliższych drzwi.
Jednak jest coś takiego, jak wyższa konieczność, nieuniknione. I na szczęście jest chwila „po wszystkim”, którą się właśnie napawam. Amen.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Tak spokojnie...

Pracowita niedziela. Po pracowitej sobocie. Tak to już jakoś mam, że w weekendy nie dopuszczam lenia. Właściwie on nawet nie zapuka do drzwi, więc tym łatwiej. Pewnie leni się gdzieś na słoneczku.
Ostatkami - nie, nie sił lecz malin - zrobiłam ocet malinowy. Dwie wersje: z nutą mięty i bazylii. Już nie mogę się doczekać sałatki nim skropionej. Dwa tygodnie oczekiwania i niebo zastąpi podniebienie.
W te dwa dni zupełnie się zalepiłam, zamalowałam i zaszyłam - jakkolwiek to ostatnie brzmi:) Nadrobiłam zaległości, nadbiegłam, ale jeszcze sporo przede mną do wykreślenia i czystego sumienia. Każdy paznokieć w innym kolorze z przewagą bordo. Małe pranie i problem zniknie.
A teraz wieczór spokojny. Z kuchni pachnie pieczonym chlebem i bazyliowym pesto. Makaron szpinakowy dogotowuje się pyrcząc. Zgłodniałam w końcu.
Dobry film mi się marzy. Czas odkurzyć stare płyty.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Julia

Julia doczekała się sesji fotograficznej. Pozowała dystyngowanie:)
Oto ona
Zanim zobaczycie kolejne zdjęcia, troszkę szczegółów z jej życia. Szczegółów nieznanych, bo Julia o nich milczy. To szczegóły z domysłów.
Julia nie ma stópek. Paluszków. Ma kuleczkowe zrosty. Zastanawialiśmy się w biurze, co mogło być przyczyną. Właściwie mogły być dwie, choć pojawiła się i trzecia w ferworze przypuszczań. Julia albo nóżki przemroziła, albo spaliła na drutach wysokiego napięcia. Trzecia - ostrzegam głupia, lecz trudno się zatrzymać w domysłach, w rozmyślaniach nad tragizmem, przyhamować - wyknuliśmy dostanie się pod pociąg, samochód lub inny pojazd - może latający?
Rozmyślanie o tragizmie jej losów wzięła się też stąd, że zawsze przylatuje z pewnym przystojniakiem. Są nierozłączni. I stąd też jej imię. Szukaliśmy w historii i literaturze par tragicznych kochanków zaczynając od Romea i Julii i koniec końców na nich kończąc, bo ani średniowieczna Izolda, ani szekspirowska Lady Makbet, ani inne imię do niej nie pasowało Jest zbyt efemeryczna.

A tu w towarzystwie Romeo
I jeszcze dwa zdjęcia nie najlepszej jakości, bo robione na dużym zoomie, a mój aparat pozostawia wiele do życzenia. Pomyślałam jednak, że powinniście zobaczyć obrazek, który oglądam kilka razy dziennie, gdy podaję do stołu. Do parapetu...

środa, 5 sierpnia 2009

Śniadanie w biurze

Śniadanie w pracy. Nie brzmi to tak słonecznie i pachnąco, jak śniadanie na trawie ani tak dystyngowanie i elegancko, jak śniadanie u Tiffany'ego, ale z pewnością było miło.
Tak się dziś zdarzyło, że dzień zaczęłam od badań. Od czasu do czasu trzeba, by człowiek się nie martwił tym, że może jest się czym martwić. A tak lekkie ukłucie, plaster na resztę dnia, zanim go zdejmiesz masz już odebrane wyniki i cieszysz się z rybiego zdrowia.
Wyniki odbieram po 14stej, więc by mieć czym cieszyć się zanim to nastąpi, kupiłam sobie serek w granulkach (domowa nazwa cottage) i dwie bułeczki chrupiące. Szaleństwo powiecie. Otóż nie. Druga bułeczka była dla Julietty.
Kim jest Julietta? Po trosze latawicą, po trosze sępem, a w całości gołębiem. Nieco rozpieszczonym. Żywiona resztkami z kilku stołów bywalców naszego biura. Wystarczy otworzyć okno, a już słychać - dziwne, bo nie trzepot jak w powieściach lecz świst skrzydeł. Może po świszczących skrzydłach poznaje się niefikcyjnego gołębia? Julietta nic sobie nie robi z bliskości człowieka po drugiej stronie parapetu. Choć wolę myśleć, że sobie robi, że nas lubi, że czeka, że leci do nas jak dziecko z niemym pytaniem: co mi kupiłaś? Bo to taka nasza gołębica. Siedzi i sępi.
I tak dziś przysunełęm sobie krzesełko do parapetu i razem jadłyśmy śniadanie w spokoju biura. Julietta kultury stołu nie nauczona - parapetu tym bardziej - więc kilka razy oberwałam kawałkiem bułki. Z moja kulturą też nie było najlepiej, bo nie mówi się przy jedzeniu, a ja miałam jej trochę do opowiedzenia.
Myślę, że u Tiffany'ego jest nudno.

sobota, 1 sierpnia 2009

Anielsko-owocowy dzień

Obstukanie przyszło w nocy. Mailem. „Musisz pisać częściej i więcej”.
Wiem, Kochana. W ten słoneczny letni dzień robię postanowienie noworoczne. Bo to pierwszego sierpnia powinno się robić postanowienia. Bo jutro nie przyniesie zimna, bo dzień nie będzie krótki, bo kolorów więcej od bieli, bo bardziej optymistycznie jakoś. Oto moja petycja – proszę o podpisy!
Sobotni spacer na targ zaowocował wiśniami, czereśniami i morelami. Morele i wiśnie pozbawione pestkowych serduszek pływają już w spirytusie, czereśnie powoli znikają z miseczki. Pycha!
Pędzel od rana okupuje balkon zalany słońcem. Gdyby nie futerko, skóra schodziłaby mu płatami. Natura wie, co robi. Pędzel sen ma twardy. Nie trudno to stwierdzić patrząc na otwarty pyszczek lub przygryziony język, którego nie zdążył schować po kolejnej wyrywającej na chwilę ze snu toalecie, bo sen powrócił nagle.
Ja znów zaszalałam anielsko. Te z masy suszą się w piekarniku, z gliny na biurku, a z papieru na balkonie. Anielsko – owocowy dzień.
I jedna mała refleksja: dziś mija dziesięć lat, od chwili, gdy z dwiema reklamówkami w jednej ręce i z małą rączką sześcioletniego szkraba w drugiej opuściłam dom, który miał być moją ostoją na resztę życia. Wyszło inaczej. Ta reszta życia nie zawsze była anielsko – owocowa, ale warto było, by znaleźć się w tej magicznej chwili.
A wieczorem ukochany Dotyk miłości z ukochanym Val’em Kilmer’em i kieliszek odkrytej podczas wczorajszych porządków w barku butelki kokosowego canari.

niedziela, 12 lipca 2009

Znajomi

Zakładając bloga na interii otrzymuje się w pakiecie "znajomych." Bloga można zahasłować, ale na "znajomych" tkwi się w pełnej krasie i żadna interwencja tego nie zmieni. Próbowałam.
"Znajomi" tylko z nazwy służą do zawierania znajomości ot takiej zwykłej, przyjacielskiej, do pogadania. Jak to znajomi. Pisałam bloga na tym portalu przez trzy lata i pomijając kobiety, które stały mi się bliskie poprzez czytanie i komentowanie moich wpisów, żadna spoza blogowej rodziny do mnie nie napisała. Natomiast mężczyźni owszem. Trudno było by mi zliczyć, ilu przewinęło się przez mój profil, ale bywały dni po kilka listów. I może jestem przewrażliwiona, ale wszystkie miały to samo podłoże. A ja dziękuję. Ja chciałam po prostu pisać.
Na kilka listów odpisałam, na te sympatyczne i nienapastliwe, grzecznie dziękując za ten typ znajomości. Tak wypadało. Ci, którzy nie otrzymali odpowiedzi, nie przejmowali się tym, bo - jestem przekonana - swój tekst skopiowali i wysłali do innych duszyczek, które być może zareagowały na ich słowa. Dwa razy udało mi się otrzymać ten sam list w odstępie kilkumiesięcznym. Nawet nie próbuję zrozumieć, co kieruje takimi mężczyznami.

Dziś, po długim czasie, zajrzałam na tamten profil. Skasowałam 37 listów niewiele się od siebie różniących. Byłam niekulturalna: nie odpisałam. Pewnie nikt się nie zasmuci. A poniżej jeden z tych listów, które powodują uśmiech. Czy ktoś chce odpisać?

"Ozdobo Przyrody!

Stwórca był dla Ciebie łaskawy, łącząc w niezwykle udatny sposób molekuły Twojego Ciała... Ja jednak pragnę czegoś więcej ponad apoteozę Twej Ziemskiej Powłoki!!!

Czy byłabyś skłonna nawiązać ze mną dialog na płaszczyźnie emocji i intelektu?

Twój Smakosz Robert:)"

piątek, 10 lipca 2009

Małżeństwo

Jak to jest z tym małżeństwem? Święty sakrament, prawda?
To ja poproszę o wyjaśnienie, wytłumaczenie - bo nie rozumiem, bo może ja nierozgarnięta jakaś, może nierozumna, a już na pewno zła - co ze świętością ma związek dwojga ludzi, z których jedno jest oprawcą a drugie ofiarą? Jak zwie się ów sakrament? Bo dla mnie on ani święty, ani świecki.
Co ma zrobić ofiara, która dla tej drugiej połowy sakramentu jest nikim w najlepszym wypadku, bo zazwyczaj oscyluje daleko poniżej zera? Gdzie ma pójść, gdy mały skarb plącze jej się rozkosznie pod nogami i szuka miłości? Co ma zrobić, gdy najbliżsi wcale nie są najbliżsi? Oni nawet nie grają, że są. Kiedyś można to było wyczytać z dowodu osobistego, a teraz państwo i tego ich pozbawiło. Ukrywają się, oczy odwracają, a gdy usłyszą pytanie: "Co mam zrobić?", odpowiadają: "Wytrzymaj". Zwykłe "wytrzymaj" bez zapewnienia, że będzie dobrze, bo sami w to nie wierzą, ale tak trzeba, tak wypada. A potem wracają do swoich spraw, a ty - człowieku minus nieskończoność - radź sobie sam.
Dużo dziś we mnie złości, ale jestem z Tobą, Kochana. I jeśli tylko uwierzysz, że Twoje odbicie jest wysoko ponad zerem, zobaczysz, że nie tylko ja tam na Ciebie czekam.

niedziela, 14 czerwca 2009

Niech żyje wolność!

Właśnie wchodzę w nową fazę życia i życzenia wszystkiego NAJ na nowej drodze są mile widziane.
Nie, nie zmieniam miejsca zamieszkania, pracy, stanu cywilnego, nie przyjdzie na świat nieślubne dziecię ani nie wykryto u mnie żadnej choroby.

Ja po prostu mogę wreszcie nie myśleć o szkole!!! Jestem taka szczęśliwa, że Leppera bym ucałowała!

Ostatnie tygodnie były nie z tej ziemi. Siedem zagrożeń, wydeptane ścieżki do szkoły, miliony rozmów, dwie nieprzejednane nauczycielki – jedna z teorią, że trzeba dzieci kilka zostawić na następny rok, bo jest niż demograficzny, druga strasząca Syna, że jak nie nauczy się wyżyn polskich, to ona poda mnie do sądu. Nie wiem, ile się siedzi za nieznajomość Wyżyny Lubelskiej, ale pewnie mniej niż za Wyżynę Krakowsko – Częstochowską. A może odwrotnie?

Grunt, że już więzienie mi nie grozi, dziecko nie będzie odpowiadało za niż demograficzny, a ja skończyłam wycieczki do lustra w poszukiwaniu siwych włosów.

Jestem wolna:)

I tylko na poprawienie nastroju w tej fazie koszmaru szkolnego obcięłam włosy i wtedy mi się podobały, a teraz – na wolności – już nie do końca. Prawda, że odrosną?...
Świat pachnie jaśminem.

czwartek, 11 czerwca 2009

Człowiek

Wczoraj poznałam Kogoś. Kogoś przez duże "K". Zdecydowanie!
To znajomość ewaluacyjna (nowe hasło do słownika polszczyzny). Znajomość zaczęła się od miłości Mamy do sztuki. Nauczycielka z wielkim sercem, miłośniczka poezji, opery, teatru czyli wszystkiego, co piękne. Często organizowała wycieczki do miejsc sztuką pachnących, tych miejsc zaczarowanych, tych, co to uśmiech i zauroczenie potrafią przyspawać do najbardziej przyziemnej duszy. Dzięki tym wycieczkom miałam święta więcej niż dwa razy w roku. Mama zwalniała mnie z lekcji, prasowała najlepszą sukienkę, wplatała w warkocze błyszczące wstążki w groszki, przed wyjściem poprawiała moje podkolanówki i wywoziła autokarem pełnym młodzieży w te miejsca magiczne.

Potem, gdy już przestałam zakładać podkolanówki i z mojej szuflady zniknęły wstążki, odkładałam pieniążki od Mamy, które wciskała mi w niedzielę wieczorem przed odjazdem do internatu i kupowałam za nie bilety do teatru, opery, filharmonii i do kina. I napatrzeć się nie mogłam tymi cielęcymi oczkami.

I chyba Los o tym wiedział, bo znalazłam pracę w pracowni plastycznej Teatru Muzycznego. Ukochana praca! To tak, jakbym codziennie z domu szła do domu. Pomiędzy malowaniem a szyciem, nawlekaniem a klejeniem, wycinaniem a formowaniem wymykałam się na drobne chwile, by popodglądać próby. Czy muszę pisać o moim szczęściu?!

A wczoraj poznałam Kogoś. Kogoś, kogo głos przez lata mnie magnetyzował. Kogoś, kto nie tylko ma talent, piękny głos, ale wielkie serce. Paulo Coelho w "Alchemiku" napisał, że w oczach tkwi siła duszy. Szkoda, że nie możecie spojrzeć w te oczy!
Wczoraj poznałam Kogoś przez wielkie "K". Kobietę. Krystynę.

Dziękuję Ci Krysiu:)

wtorek, 2 czerwca 2009

Sposób na wroga

Jeśli zdarzy się na Waszej drodze wróg - taki mały wredny lub taki na śmierć i życie - nie życzcie mu złamania nogi, bo noga się zrośnie, choćby dawała później o sobie znać podczas deszczu. Nie życzcie mu utraty dóbr osobistych, bo majątek może odzyskać przy odrobinie szczęścia. Nie życzcie mu problemów z woreczkiem żółciowym, bo przy dzisiejszym rozwoju nauki usunięcie go to mały zabieg i potem można żyć spokojnie. Nawet jeśli wyjdą mu włosy i wypadną zęby, da się to jakoś naprawić.
Życzcie mu dziecka z dysleksją. Problemy może nie zaczną sie od razu, ale z czasem złamią nawet człowieka z byczym karkiem i wyciosanym torsem. Przez długie lata będzie wracał do czasów swojej szkoły i uczył sie na nowo i na nowo, by potem wbić dziecku wiedzę do głowy. Będzie pisał za niego wypracowania i rozwiazywał zadania z cosinusami dla świętego spokoju. Będzie spoglądał krytycznym okiem o trzeciej nad ranem na właśnie skończony plakat o modzie barokowej na jutrzejszą plastykę. Będzie zaciskał kciuki aż zbieleją, gdy zbliżać się będzie godzina klasówki dziecka. Będzie chodził na wywiadówki ze ściśniętym żołądkiem, zasiadał w szkolnej ławce ze spuszczoną głową i cichym szeptem: "mnie tu nie ma, mnie tu nie ma". Noce przestaną przynosić ukojenie, bo sny staną się coraz bardziej wyraźne. Będzie śnił o Kotlinie Kłodzkiej, o Powstaniu Styczniowym, o tabelce z rozpisanymi angielskimi czasami, o uwieńczeniach kolumn gotyckich, o rachunku prawdopodobieństwa, a wszystko to w towarzystwie Newtona, Pitagorasa, Rembranta i Hitlera.
Ależ jestem zmęczona...

poniedziałek, 30 marca 2009

Druid

Uwielbiam wieczory, kocham noce. Według definicji jestem sową. Taką rasową.
Magię widzę w zmroku. Moje wieczory zaczynają się od szafiru nieba. Kiedyś marzyłam o obcisłej sukni z rozporkiem do granic możliwości w tym kolorze. Kończą się długo potem, gdy postanawiam posłuchać rozsądku i zgasić lampkę. Te godziny pomiędzy odczuwam jako dar.
Zapada coraz głębsza cisza, w kolejnych oknach gasną światła, a ja nabieram przekonania, że świat należy do mnie.
Zasypiam z kartką i ołówkiem przy łóżku. Czasem leżą do rana bezużyteczne, ale gdy przychodzą, przypływają czy przylatują myśli, potrzebuję ich jak powietrza. Lubię poranne zaskoczenia, gdy okazuje się, że sen o napisaniu kilku słów nie był snem. Czasem ścieląc łóżko podnoszę moje akcesoria z podłogi z przeświadczeniem, że są w takim stanie, w jakim je wieczorem położyłam, a tu ukazują się słowa.
Tak było też jakieś pięć lat temu. Budzik uświadomił mi, że czas do pracy. Spowolnione ruchy zaspanej kobiety. Ścielę łóżko, podnoszę kartkę. I słowa. Usiadłam próbując przypomnieć sobie sen.
Byłam na plaży z grupą obcych ludzi. Była noc, siedzieliśmy w ciszy wokół ogniska i zdawaliśmy egzamin. Z czego-nie pytajcie. Nie wiem. Nagle podszedł druid. Oglądaliście "Harrego Pottera"-to był ten druid. Popatrzył na nas z tym swoim uśmiechem i powiedział: "Odpowiecie na wszystkie pytania to tak, jakbyście nie odpowiedzieli na żadne. Pytanie klucz brzmi: czym różni się wszedzie od gdziekolwiek?". I rozpłynął się.
Czym różni się wszędzie od gdziekolwiek?-takie słowa znalazłam na kartce. Minęło pięć lat, a ja nie zdałam jeszcze tego egzaminu. Poprawka za poprawką.
Szukam korepetytora!

sobota, 14 marca 2009

Wiosennie dzisiaj

Marzec od zawsze był moim ulubionym miesiącem. Za mną zimowe ciemności, dni są coraz dłuższe, jaśniejsze ranki. Przede mną zapowiedź wiosny, zieleni, słońca, ciepła, otwartych drzwi na taras. A potem wizja lata i pięknej jesieni-wizja dalekiej lecz bliskiej przyszłości. W marcu wiosna jest tuż za rogiem, wygląda niepewnie i chowa się onieśmielona.
W marcu się chce! Chce się pięknie wyglądać, chce się zdrowo odżywiać, uprzątnąć mieszkanie i życie. To w marcu robię plany i postanowienia, bo w Sylwestra brak mi tej energii słonecznej, tych baterii dopiero teraz naładowanych i tego światła, w którym wszystko wygląda inaczej.
Wczoraj wieczorkiem dwaj panowie z salonu meblowego przywieźli mi szafę. Kładąc się spać zostawiłam niezły rozgardiasz. Nie chciałam przekładać wszystkiego ze starej szafy, więc trochę mi zajęło i jeszcze zajmie czasu zanim rozpracuję, gdzie co powinno się znaleźć. Torba do PCK rośnie, ta na śmietnik też, część ląduje na półkach do przerobienia. A więc do pracy!

wtorek, 10 marca 2009

Wisienka na torcie

Kawałek mojej pracy polega na uśmiechaniu się. Czasem to trudna praca i bywa, że mnie przerasta. Wtedy zastanawiam się, skąd we mnie tyle cierpliwości. Czytałam gdzieś kiedyś, że cierpliwość to składnik miłości macierzyńskiej. Myślę, że to prawda, chociaż nie kojarzy się najlepiej, bo słysząc: "bądź cierpliwy" czujemy się upominani, choćby nie wiem jakim tonem zostało wypowiedziane. Moja cierpliwość macierzyńska-i zapewne wielu innych matek-wzięła się nie wiadomo skąd. Przyszła i została. I to nie upominanie, to nie zagryzanie języka, to zwykła natura rzeczy.
Cierpliwość bez macierzyństwa bywa trudna. Przede wszystkim do pewnego pana z mojej pracy, który przez dwa lata nic nie robił biorąc pensję, co mnie oburzało, a niedawno obudziło się w nim coś na kształt ambicji i teraz dziwię się, jak mogła mnie jego bezczynność oburzać. Zdecydowanie wolałam go z daleka od biura.
Ale wczoraj utarłam mu nosa:) Przed zebraniem zarządu zażądał ode mnie królewskim tonem sporządzenia listy tych, którzy nie opłacili składek członkowskich za zeszły rok. Sporządziłam, a jakże, z dziką satysfakcją. Po dwóch godzinach stanął przed moim biurkiem z pytaniem nie znoszącym sprzeciwu, czy gotowe. A jakże, gotowe. Wziął listę w dłoń i połowa jego osoby czytała spis nazwisk, podczas gdy druga przemawiała, jak to ludzie są nieodpowiedzialni angażując się w coś, a potem nie dotrzymując obowiązków, jak to on im wyśle pisma, jak od nich zażąda, jaki to będzie konsekwentny itd. I nagle zdania zaczęły zwalniać, twarz blednąć, by za chwilę nabierać powoli acz stanowczo czerwieni, bo...
...bo jego nazwisko-jak najbardziej zasłużenie-wstawiłam na ostatnim miejscu listy. Taki deserek, co to kością w gardle staje. Taka wisienka na torcie, gdzie trzeba uważać na pestkę. Smacznego!
"Lecę, bo jestem umówiony"-usłyszałam tylko i tyle go widziałam.
Cierpliwość cierpliwością, ale ja chyba trochę złośliwa jestem...

piątek, 6 marca 2009

Ból głowy nie tylko do zatok

I znowu zatoki! Człowiek działa czasem z opóźnionym zapłonem. W tym wypadku zdecydowanie. Mówiła Mama: nos czapkę? Mówiła, a jakże. I mała córcia czapkę zakładała, a potem tuż za rogiem czapka lądowała w tornistrze. Bo obciach, bo brzydsza jakaś przez nią, bo już dorosła i wie, co robi.
Nie wiedziała. Teraz wie, ale teraz to już trochę za późno.
Nic to! Zbliża się weekend-wygrzeję. Dziś wzięłam sobie wolne. Zabrałam pracę do domu i spokojnie mogę zasiąść do niej po południu. Jak zwykle na te dwa dni mam planów co niemiara i pewnie mały procent zrealizuję, bo wciąż mam problem z przeliczeniem sił na zamiary.
W domu jeden wielki rozgardiasz od przedwczoraj, kiedy to przy sprzątaniu szafy najpierw spadła mi na głowę rurka na wieszaki, a zaraz potem półka oberwała drobne podtrzymywacze. Tak to jest, gdy zainwestuje się w chłam z Jyska. Pomieszkałam w tej szafie niespełna rok i dziś nadszedł czas poszukania czegoś konkretnego na miarę skromnej kieszeni, a właściwie skrzynki na czarną godzinę. Czuję w kościach, że czas ją opróżnić.
Za oknem pogoda jak z Hitchcock'a. W nocy wiatr przywiał granatową reklamówkę od sąsiadów i teraz obija się o barierki. Wypiję gorącą mocną herbatę i w drogę.